czwartek, 20 sierpnia 2026

Ceramika Bolesławiec

            Ceramika bolesławiecka  produkowana była w Bolesławcu i jego okolicach od XIV wieku, a po roku 1945 także w Niemczech.  Zajmowali się tym wysiedleni garncarze np. w tzw. Wiosce garncarzy w Moringen. Od 2019 roku, wskutek wygaśnięcia ochrony znaku towarowego, znakiem ceramiki bolesławieckiej mogą być oznaczane produkty wytwarzane w dowolnym miejscu.
          Rozwój produkcji ceramiki datuje się na II poł. XVIII wieku, a następnie na I poł. XIX wieku. Do 1850 produkowano metodą rzemieślniczą, a następnie przemysłową. Produkowano dzbany, wazy i kufle o charakterystycznej brunatno-szklistej barwie, polewane białym szkliwem skaleniowym. Ich główny producent, J.G. Altman, uzyskał w 1844 roku złoty medal na wystawie w Londynie. Po 1945 produkcję kontynuował zakład Cepelii dysponujący 8 piecami. Produkował talerze, kufle i komplety do kawy.
        Kolekcję ceramiki bolesławieckiej można oglądać m.in. w Muzeum Ceramiki w Bolesławcu. Byłam tam w czasie naszego objazdu Dolnego Śląska. Zawsze się nią zachwycałam, ale że wcześniej trafiły w moje ręce "włocławki", nie mieszałam już ich z '" bolesławcem", a tych pierwszych trochę w kuchni mam. 
           Ostatnio dowiedziałam się, że Bolesławiec, organizuje warsztaty ozdabiania ceramiki swoimi wzorami. Takie warsztaty są też w Gdańsku. Poszłam tam z wnusiami w ramach zajęć wakacyjnych. Kosz takiej imprezy to cena naczynia do ozdabiania. Najtańszy jest chyba talerzyk lub kubek. W kameralnej atmosferze, bo oprócz nas były jeszcze dwie panie w moim wieku, półtorej godziny twórczego zajęcia. Na początku pani prowadząca robi krótką prezentację i produkcji tejże, potem krótki instruktarz jak to się robi i do roboty. Najpierw na skorupach próbne stempelki, a potem na zakupionym naczyniu. Wszystkie materiały były już przygotowane, tzn. farby i stempelki, bo wzory wykonuje się stempelkami zwilżanymi o gąbeczki zamoczone w farbach.



            Pierwsze próby młodszej wnusi.


             A to efekt prawie końcowy naszych naczyń . Sześciolatka ozdobiła według własnego pomysłu talerzyk. Ten napis dziadek jest zupełnie przypadkowy, bo nie umie jeszcze czytać.



            Starsza, jedenastolatka, na osłonce do doniczki , tworzyła trochę konkurencyjne wzory.



             No, a babcia zrobiła sobie naczynie do zapiekania.



         Napisałam, prawie efekt końcowy, bo teraz , oznaczone certyfikatami,  zostanie to wysłane do zakładów w Bolesławcu do szkliwienia i wypiekania, aby można używać w zmywarce, mikrofali itp. Kolory po otrzymaniu szkliwa i temperatury ponad 1200 stopni Celsjusza nabiorą tych właściwych. Ciekawa jestem efektu końcowego. 
             Zajęcia były na jeden wakacyjny dzień, ale dziewczyny mają ochotę na więcej.

niedziela, 16 sierpnia 2026

Instrukcja i auto z części


               Dzisiaj coś z cyklu satyra w krótkich majteczkach. Był kiedyś taki kącik w " Kobiecie i życiu". Nie wiem czy jest nadal ta gazeta. Ja od czasu do czasu mam coś takiego na żywo, samo życie. A więc jedno z nich.
        Moja sześcioletnia wnusia pyta mnie dzisiaj o coś w aucie. Myślę, że to była zaślepka do urządzenia od blokady drzwi od strony, gdzie siedzi dziecko. Podeszłam do tego poważnie i mówię, że nie wiem, musiałabym sprawdzić w instrukcji. Na co ona, a ty babciu masz instrukcję do tego auta. Odpowiadam, że tak. Więc ona mówi, to ty składałaś go z części?
         No i czy nie jest satyra w krótkich majteczkach?


piątek, 14 sierpnia 2026

" Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali" - Aneta Godynia


           Moja mama zawsze narzekała na swoje dzieciństwo. Mówiła : o dzieci się nie dbało. Dostały jeść i poszły się bawić z patykami, kamykami i swoją wyobraźnią. Zaciekawiła mnie więc ta książka i chociaż byłam świadoma prawdy mamy, chciałam zobaczyć jak to przeżywali inni. Bo, że tak dawniej było wiedziałam, ale tak żyli wszyscy włościanie, a z żalem mówiła tylko ona. Czy dlatego, że  była w późniejszym wieku bardziej tego świadoma i stąd wynikał jej żal do świata, do rodziców?
           Co do książki, powiedziałabym, nie na temat. Co prawda zawiera sporo ciekawych informacji, ale to nie jest książka o wiejskich dzieciach, a o życiu w wiejskich rodzinach na przełomie XIX i XX wieku. Swoją opinię sprowadziłabym do zdania mamy, o dzieci się nie dbało, dzieci były najmniej ważne. Tak jest w tej książce, o samych dzieciach niewiele. 
            Na początku myślałam, prawda, dzieci skądś się biorą, więc zasadne jest pisanie o kobietach w ciąży, o porodach, o umieralności jednych i drugich. O przesądach związanych z ciążą słyszałam jeszcze czterdzieści parę lat temu. Książka mi je przypomniała, tylko że za moich czasów już się w nie nie wierzyło.  Mówi się, że umieralność była  duża zarówno kobiet jak i dzieci, ale dlaczego już się nie zawsze zastanawiałam. Autorka daje odpowiedzi. Potem jest trochę o dzieciństwie, ale więcej o roli rodziców, o życiu kobiet. To obraz wsi i to tylko galicyjskiej, gdzie życie wyglądało nieco inaczej niż np. w zaborze pruskim, z punktu widzenia stosunków społecznych panujących na wsi.
          Polska, ta, galicyjska wieś / może na innych terenach było tak samo, a co najmniej podobnie/przełomu XIX i XX wieku to miejsce, w którym dzieciństwo praktycznie nie istniało. Małe dzieci w chłopskich rodzinach żyły  tymi samymi sprawami, którymi żyli dorośli. Tak samo dotyczyła ich praca, obowiązki i lęk przed głodem czy śmiertelnymi chorobami. Może tylko mniej świadomie niż dorośli. Dla tego powodu próbowałam rozgrzeszać autorkę, że zamiast o dzieciach pisała o życiu wsi.
          Książka rozczarowała mnie jednak bardziej z innego powodu niż zawarte w niej treści. Miałam wrażenie, że jest to zbiór, kopiuj - wklej, pozbierane z różnych tekstów, bo co chwilę powtarzają się te same sekwencje słów. Dziesiątki powtórzeń o tym samym brzmieniu, co kilka  akapitów. Miałam wrażenie, że czytam zgromadzone notatki do mającej powstać książki, a autorka się pomiędzy nimi pogubiła. Styl pisania również jak wyjęty z dziecinnego zeszytu. Faktyczną wiedzę można było zmieścić na maksimum połowie stron i wtedy książka byłaby ciekawa. Każdy czyta to, co z jakiegoś powodu wybiera, ale z poleceniem tej książki  powstrzymałabym się.

" Nie da się pojąć przeszłości, jeśli się nie zapyta o to, dlaczego była taka jaka była. Zatem pytam o warunki życia, o relacje społeczne, o obyczaje i prawo, które wtedy obowiązywały. O to, dlaczego dzieci tak wcześnie musiały dorastać. dlaczego tak wiele od nich oczekiwano. Nie z wyrzutem- z ciekawością. Z chęcią zrozumienia, nie z osadem, ponieważ wiem, że ten surowy świat wynikał z braku wyboru i często też ze skrajnej biedy"
---
42 książka, 488/18.221


środa, 12 sierpnia 2026

Mój azyl - lipiec i sierpień

       Tak jak pisałam poprzednio, minęło półtora miesiąca, aż pojechałam kolejny raz i oczywiście znowu na tydzień. Dokończyłam nowe rabatki, posadziłam rośliny, wypieliłam i tylko nie skosiłam trawy, bo popsuła mi się kosiarka. Piłam kawę na tarasie, czytałam, słuchałam brzęczenia owadów, śpiewu ptaków, szumu drzew i zasilałam akumulatory.







             Na kolejny wyjazd już nie czekałam tak długo. Byłam tam z dziewczynami zebrać borówki, a kiedy przejęła je druga babcia, pojechałam na dłużej. Kilka dni i naprawdę nie chciało mi się wracać, ale mus to mus. W tym tygodniu mamy na zmianę wakacyjny dyżur. Też będzie fajnie jak przyjdą dziewczyny.
          Tym razem skosiłam trawę, bo pojechałam ze zrobionym sobie prezentem, nową, akumulatorową kosiarką i znowu kupą roślin do wsadzenia, z domowego ogrodu. Tym razem przeżyłam też dzień z ulewami, a nawet grzmotami.





       Ogródek rozkwitł, przekwitł i pomału sposobi się do jesieni, o czym dla mnie świadczą żółte rudbekie. Królują oczywiście hortensje.






          Piszę sposobi się do jesieni, ale jeszcze trochę kwiecia cieszącego oko i owady jest.






           Lubię takie ozdóbki , więc wieszam, a z chwastami już nie szaleję.



           Są dalsze plany w sprawie zagospodarowania i oczywiście planowane kolejne wyjazdy jeszcze w tym roku.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Mój azyl - czerwiec

           Wpisy na moim blogu poświęcam głównie książkom, robótkom ręcznym i oczywiście ogrodowi, temu przy domu, w którym mieszkam. Ten ogród jest, ale w każdej chwili mogę go nie mieć. Pomimo to poświęcam mu dużo sił i czasu. W końcu go stworzyłam od podstaw.
     Od trzech, a właściwie od dwóch lat mam jeszcze coś naprawdę swojego i teraz też tworzę tam mój azyl. Ostatni raz pisałam o nim prawie przed rokiem, we wrześniu, co nie oznacza, że tam nie bywałam. Bywałam i w tym roku nawet na dłużej. Trzykrotnie po kilka dni.
         Na przełomie maja i czerwca porządkowałam po zimie, poszerzałam rabatki, sadziłam kwiaty, przycinałam krzewy.




         Z różnych staroci robiłam dekoracje.   




         A kiedy się zmęczyłam , siedziałam na tarasie i słuchając wiatru, obserwowałam efekty .


          Odwiedzał mnie gil.


            Wieczorem siadałam przy kominku i czytałam książki. Kolejny dzień był podobny. Śniadanie na tarasie, praca,  trochę odpoczynku i  kolacja też na tarasie. Posadziłam czerwony i różowy łubin, kupiony u ogrodnika. Na niebieski szkoda już było mi pieniędzy, więc wykopałam z rowu przy drodze. Bałam się czy się przyjmie, ale teraz widzę, że wypuszcza nowe listki. Kwitły czosnki, lilie, śniadki, białe gwiazdeczki, które wieczorem i na deszcz się zamykają. Mama miała kiedyś takie. Sąsiadka powiedziała. Nie lubię ich, wszystkie wyrzuciłam, bo same  rosną po całym ogrodzie. A ja je uwielbiam, jak w zupełnie niespotykanym miejscu rozjaśniają rabatkę.







        W leśnej części, pod świerkami też co nieco już wyrastało.


           To był początek lata, a właściwie jeszcze wiosna.





            Wyjeżdżając obiecałam sobie, że za kilka dni wrócę, niestety minęło półtora miesiąca zanim pojawiłam się tam znowu. W czasie wielkich upałów prawie nie wychodziłam z domu, potrzebna była też pomoc wakacyjna do wnuczek, no i obowiązki w domu. Jak pojechałam znowu to prawie złapałam się za głowę. Wszystko wyrosło, ale i zarosło, ale o tym w następnym poście.