niedziela, 23 sierpnia 2026

ZOO - wakacji ciąg dalszy

            Któregoś wakacyjnego dnia pojechaliśmy do ZOO. Pogoda miała być niezbyt słoneczna, więc na chodzenie w sam raz. Ja byłam w oliwskim ZOO , kiedy moja córka była w wieku młodszej wnusi. Potem były inne, ale nie to. Dziewczyny były już też w różnych, ale dla dzieci to zawsze / chyba zawsze / coś ciekawego. Moje się cieszyły. 
          Oprócz zwierząt, to też kontakt z przyrodą. Gdański Ogród Zoologiczny  zlokalizowany w dzielnicy Gdańska, w Oliwie zajmuje powierzchnię ponad 123 hektarów Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, co czyni z niego największą pod względem powierzchni placówkę tego typu w Polsce. Umiejscowiony w malowniczej śródleśnej dolince, przez którą płyną  wody Potoku Rynarzewskiego oraz znajduje się kilka różnej wielkości stawków, tworzy urzekający krajobraz tego zakątka. Występują tam środowiska wód płynących i stojących, niewielkie połacie bagienne, nasłonecznione pagórki i cieniste lasy z polankami oraz obszerne płaty łąk. Ten zespół naturalnych elementów otoczony jest  zalesionymi wzgórzami morenowymi, dochodzącymi do 100 metrów n.p.m. 







         Jest tam zapewne korzystny zdrowotnie mikroklimat, wszak kiedyś znajdował się tam kurort. Przed około 80 laty na podwyższeniu terenu wzniesiono okazały pensjonat ozdrowieńczy, sanatorium dla osób cierpiących na schorzenia górnych dróg oddechowych i choroby reumatyczne, czynny do 1945 roku. Dom kuracyjny i nieduży budynek młyna przetrwały wojnę. Potem, przez jakiś czas pensjonat wykorzystywano jako internat oliwskiego Pedagogium, a w latach pięćdziesiątych korzystano z niego przy tworzeniu ogrodu zoologicznego. Teraz mieści się w nim dyrekcja i administracja ZOO.



         Od 1927 roku do okresu II wojny światowej w Oliwie zlokalizowany był zwierzyniec, którego mieszkańcami były między innymi jelenie, niedźwiedź brunatny, bizon, żyrafy, małpy, dziki, wilki i szopy. Siedziba znajdowała się przy ulicy Bytowskiej. Pomysł utworzenia ogrodu zoologicznego pojawił się jeszcze pod koniec lat czterdziestych i spotkał z entuzjazmem mieszkańców Trójmiasta. Pod koniec 1953 roku władze wyraziły zgodę na założenie ogrodu zoologicznego i przeznaczyły na ten cel teren o powierzchni około stu hektarów w Dolinie Leśnego Młyna. Obok dawnego pensjonatu powstały pierwsze pomieszczenia dla zwierząt.  Początkowo były to głównie małe zwierzaki ofiarowane przez gdańszczan. Uroczyste otwarcie zoo nastąpiło 1 maja 1954 roku.
        Od początków swego istnienia Ogród Zoologiczny w Oliwie cieszył się wielką życzliwością społeczeństwa, w tym marynarzy i rybaków, którzy przywozili zwierzęta żyjące w krajach pozaeuropejskich. Sympatia młodzieży wyrażała się udziałem w pracach nad porządkowaniem jego terenów, zbieraniem karmy dla zwierząt uczestniczeniem w konkursach malarskich poświęconych wychowankom ogrodu itp. Liczne zakłady pracy pomagały w rozbudowie urządzeń takich, jak klatki, domki i wybiegi dla zwierząt, ogrodzenia, urządzaniu wysepek dla ptaków itp. W latach 70 zostały wybudowane dogodne drogi dojazdowe do bram ZOO, wielki parking, pętla autobusowa i inne. Wartość czynów społecznych wykonanych w okresie od 1954 do 1974 roku  wyniosła ponad 100 mln złotych. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych powstała trasa zwiedzania, drogi dojazdowe i gospodarcze. Naturalne rozlewiska leśnego potoku przystosowano do potrzeb zwierząt, zamieniając je na wybiegi z małymi stawami albo baseny dla zwierząt wodnych. Oczywiście najpoważniejszym zadaniem było kompletowanie kolekcji zwierząt i stworzenie im jak najlepszych warunków do życia i rozmnażania.  Tak różnorodne środowisko okazało się bardzo korzystne dla licznych gatunków zwierząt, żyją długo i rozmnażają się , pomimo życia w niewoli. Dla ich lepszego samopoczucia powiększane są wybiegi i gdzie tylko jest to możliwe, rezygnuje się z wysokich ogrodzeń.
         W oliwskim ZOO żyje według stanu na 31 grudnia 2023 roku, 146 gatunków zwierząt /859 sztuk /
      ssaki – 68 gatunków (468 sztuk)
     ptaki – 45 gatunków (296 sztuk)
     gady – 28 gatunków (93 sztuki)
     płazy – 1 gatunek (2 sztuki)

      Ogród odwiedza rocznie ponad pół miliona ludzi. Kiedy tak chodziliśmy wśród tych wszystkich zwierząt, zadałam pytanie : ciekawe co te wszystkie zwierzęta czują, gdy tak tutaj siedzą. Moja sześciolatka odpowiedziała " ciszą się, że mogą oglądać tyle ludzi". No i co, znowu satyra w krótkich gatkach.
         Nie wiem, czy obeszliśmy wszystko, ale nie wszystko widzieliśmy. Niektóre zwierzęta pewnie odpoczywały ukryte w swoich zakamarkach np. tygrysy, ale nie tylko one.








           Dużą  popularnością wśród dzieci cieszy się tzw. "małe zoo". Dzieci mogą nie tylko wejść na teren wyb
iegu z małymi zwierzętami, ale i dokarmiać przygotowaną specjalnie do tego celu karmą.


             Na terenie ogrodu znajdują się też dość gęsto rozmieszczone toalety, są też restauracje, kawiarnie, sklepiki z pamiątkami itd. Spędziliśmy tam prawie cały dzień. Kilka razy spotkała nas ulewa i dzięki tym miejscom mogliśmy się schować przed deszczem.


         Ja wróciłam padnięta, ale wszystkie byliśmy zadowolone i szczęśliwe.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Ceramika Bolesławiec

            Ceramika bolesławiecka  produkowana była w Bolesławcu i jego okolicach od XIV wieku, a po roku 1945 także w Niemczech.  Zajmowali się tym wysiedleni garncarze np. w tzw. Wiosce garncarzy w Moringen. Od 2019 roku, wskutek wygaśnięcia ochrony znaku towarowego, znakiem ceramiki bolesławieckiej mogą być oznaczane produkty wytwarzane w dowolnym miejscu.
          Rozwój produkcji ceramiki datuje się na II poł. XVIII wieku, a następnie na I poł. XIX wieku. Do 1850 produkowano metodą rzemieślniczą, a następnie przemysłową. Produkowano dzbany, wazy i kufle o charakterystycznej brunatno-szklistej barwie, polewane białym szkliwem skaleniowym. Ich główny producent, J.G. Altman, uzyskał w 1844 roku złoty medal na wystawie w Londynie. Po 1945 produkcję kontynuował zakład Cepelii dysponujący 8 piecami. Produkował talerze, kufle i komplety do kawy.
        Kolekcję ceramiki bolesławieckiej można oglądać m.in. w Muzeum Ceramiki w Bolesławcu. Byłam tam w czasie naszego objazdu Dolnego Śląska. Zawsze się nią zachwycałam, ale że wcześniej trafiły w moje ręce "włocławki", nie mieszałam już ich z '" bolesławcem", a tych pierwszych trochę w kuchni mam. 
           Ostatnio dowiedziałam się, że Bolesławiec, organizuje warsztaty ozdabiania ceramiki swoimi wzorami. Takie warsztaty są też w Gdańsku. Poszłam tam z wnusiami w ramach zajęć wakacyjnych. Kosz takiej imprezy to cena naczynia do ozdabiania. Najtańszy jest chyba talerzyk lub kubek. W kameralnej atmosferze, bo oprócz nas były jeszcze dwie panie w moim wieku, półtorej godziny twórczego zajęcia. Na początku pani prowadząca robi krótką prezentację i produkcji tejże, potem krótki instruktarz jak to się robi i do roboty. Najpierw na skorupach próbne stempelki, a potem na zakupionym naczyniu. Wszystkie materiały były już przygotowane, tzn. farby i stempelki, bo wzory wykonuje się stempelkami zwilżanymi o gąbeczki zamoczone w farbach.



            Pierwsze próby młodszej wnusi.


             A to efekt prawie końcowy naszych naczyń . Sześciolatka ozdobiła według własnego pomysłu talerzyk. Ten napis dziadek jest zupełnie przypadkowy, bo nie umie jeszcze czytać.



            Starsza, jedenastolatka, na osłonce do doniczki , tworzyła trochę konkurencyjne wzory.



             No, a babcia zrobiła sobie naczynie do zapiekania.



         Napisałam, prawie efekt końcowy, bo teraz , oznaczone certyfikatami,  zostanie to wysłane do zakładów w Bolesławcu do szkliwienia i wypiekania, aby można używać w zmywarce, mikrofali itp. Kolory po otrzymaniu szkliwa i temperatury ponad 1200 stopni Celsjusza nabiorą tych właściwych. Ciekawa jestem efektu końcowego. 
             Zajęcia były na jeden wakacyjny dzień, ale dziewczyny mają ochotę na więcej.

niedziela, 16 sierpnia 2026

Instrukcja i auto z części


               Dzisiaj coś z cyklu satyra w krótkich majteczkach. Był kiedyś taki kącik w " Kobiecie i życiu". Nie wiem czy jest nadal ta gazeta. Ja od czasu do czasu mam coś takiego na żywo, samo życie. A więc jedno z nich.
        Moja sześcioletnia wnusia pyta mnie dzisiaj o coś w aucie. Myślę, że to była zaślepka do urządzenia od blokady drzwi od strony, gdzie siedzi dziecko. Podeszłam do tego poważnie i mówię, że nie wiem, musiałabym sprawdzić w instrukcji. Na co ona, a ty babciu masz instrukcję do tego auta. Odpowiadam, że tak. Więc ona mówi, to ty składałaś go z części?
         No i czy nie jest satyra w krótkich majteczkach?


piątek, 14 sierpnia 2026

" Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali" - Aneta Godynia


           Moja mama zawsze narzekała na swoje dzieciństwo. Mówiła : o dzieci się nie dbało. Dostały jeść i poszły się bawić z patykami, kamykami i swoją wyobraźnią. Zaciekawiła mnie więc ta książka i chociaż byłam świadoma prawdy mamy, chciałam zobaczyć jak to przeżywali inni. Bo, że tak dawniej było wiedziałam, ale tak żyli wszyscy włościanie, a z żalem mówiła tylko ona. Czy dlatego, że  była w późniejszym wieku bardziej tego świadoma i stąd wynikał jej żal do świata, do rodziców?
           Co do książki, powiedziałabym, nie na temat. Co prawda zawiera sporo ciekawych informacji, ale to nie jest książka o wiejskich dzieciach, a o życiu w wiejskich rodzinach na przełomie XIX i XX wieku. Swoją opinię sprowadziłabym do zdania mamy, o dzieci się nie dbało, dzieci były najmniej ważne. Tak jest w tej książce, o samych dzieciach niewiele. 
            Na początku myślałam, prawda, dzieci skądś się biorą, więc zasadne jest pisanie o kobietach w ciąży, o porodach, o umieralności jednych i drugich. O przesądach związanych z ciążą słyszałam jeszcze czterdzieści parę lat temu. Książka mi je przypomniała, tylko że za moich czasów już się w nie nie wierzyło.  Mówi się, że umieralność była  duża zarówno kobiet jak i dzieci, ale dlaczego już się nie zawsze zastanawiałam. Autorka daje odpowiedzi. Potem jest trochę o dzieciństwie, ale więcej o roli rodziców, o życiu kobiet. To obraz wsi i to tylko galicyjskiej, gdzie życie wyglądało nieco inaczej niż np. w zaborze pruskim, z punktu widzenia stosunków społecznych panujących na wsi.
          Polska, ta, galicyjska wieś / może na innych terenach było tak samo, a co najmniej podobnie/przełomu XIX i XX wieku to miejsce, w którym dzieciństwo praktycznie nie istniało. Małe dzieci w chłopskich rodzinach żyły  tymi samymi sprawami, którymi żyli dorośli. Tak samo dotyczyła ich praca, obowiązki i lęk przed głodem czy śmiertelnymi chorobami. Może tylko mniej świadomie niż dorośli. Dla tego powodu próbowałam rozgrzeszać autorkę, że zamiast o dzieciach pisała o życiu wsi.
          Książka rozczarowała mnie jednak bardziej z innego powodu niż zawarte w niej treści. Miałam wrażenie, że jest to zbiór, kopiuj - wklej, pozbierane z różnych tekstów, bo co chwilę powtarzają się te same sekwencje słów. Dziesiątki powtórzeń o tym samym brzmieniu, co kilka  akapitów. Miałam wrażenie, że czytam zgromadzone notatki do mającej powstać książki, a autorka się pomiędzy nimi pogubiła. Styl pisania również jak wyjęty z dziecinnego zeszytu. Faktyczną wiedzę można było zmieścić na maksimum połowie stron i wtedy książka byłaby ciekawa. Każdy czyta to, co z jakiegoś powodu wybiera, ale z poleceniem tej książki  powstrzymałabym się.

" Nie da się pojąć przeszłości, jeśli się nie zapyta o to, dlaczego była taka jaka była. Zatem pytam o warunki życia, o relacje społeczne, o obyczaje i prawo, które wtedy obowiązywały. O to, dlaczego dzieci tak wcześnie musiały dorastać. dlaczego tak wiele od nich oczekiwano. Nie z wyrzutem- z ciekawością. Z chęcią zrozumienia, nie z osadem, ponieważ wiem, że ten surowy świat wynikał z braku wyboru i często też ze skrajnej biedy"
---
42 książka, 488/18.221


środa, 12 sierpnia 2026

Mój azyl - lipiec i sierpień

       Tak jak pisałam poprzednio, minęło półtora miesiąca, aż pojechałam kolejny raz i oczywiście znowu na tydzień. Dokończyłam nowe rabatki, posadziłam rośliny, wypieliłam i tylko nie skosiłam trawy, bo popsuła mi się kosiarka. Piłam kawę na tarasie, czytałam, słuchałam brzęczenia owadów, śpiewu ptaków, szumu drzew i zasilałam akumulatory.







             Na kolejny wyjazd już nie czekałam tak długo. Byłam tam z dziewczynami zebrać borówki, a kiedy przejęła je druga babcia, pojechałam na dłużej. Kilka dni i naprawdę nie chciało mi się wracać, ale mus to mus. W tym tygodniu mamy na zmianę wakacyjny dyżur. Też będzie fajnie jak przyjdą dziewczyny.
          Tym razem skosiłam trawę, bo pojechałam ze zrobionym sobie prezentem, nową, akumulatorową kosiarką i znowu kupą roślin do wsadzenia, z domowego ogrodu. Tym razem przeżyłam też dzień z ulewami, a nawet grzmotami.





       Ogródek rozkwitł, przekwitł i pomału sposobi się do jesieni, o czym dla mnie świadczą żółte rudbekie. Królują oczywiście hortensje.






          Piszę sposobi się do jesieni, ale jeszcze trochę kwiecia cieszącego oko i owady jest.






           Lubię takie ozdóbki , więc wieszam, a z chwastami już nie szaleję.



           Są dalsze plany w sprawie zagospodarowania i oczywiście planowane kolejne wyjazdy jeszcze w tym roku.