poniedziałek, 14 września 2026

Wrzesień to już jesień

           Wrzesień to już jesień, co prawda za progiem, ale jej atmosferę już się czuje. Zapanowała nostalgiczna cisza i spokój, przyroda zmienia swoje barwy. Snują się poranne mgły, skończyły się / na szczęście/ upały. Wszystko sposobi się do zimy. Pomału można robić podsumowanie sezonu ogrodowego. Ja zrobię działkowego. Byłam tam w tym roku więcej razy i na dłużej niż w ubiegłym roku. Sporo zrobiłam, bo wciąż ją urządzam.
        W drodze na działkę, we wczesnych godzinach rannych byłam zachwycona tym co widziałam. Musiałam się zatrzymać i wyjść z auta, aby zrobić zdjęcie, ale to nie oddaje atmosfery. Unosząca się mgła, na siatce kropelki rosy i cisza wokoło.



                       Perełki rosy były też na liściach kwiatów i traw.



             Pająk utkał swoją koronkę i gdzieś się schował. Pewnie czekał na zdobycz.


                Jarzębina ubrana w swoje korale.


     I chociaż wciąż kwitną letnie kwiaty, to zażółciło się od rudbekii.




          To było w ubiegłym tygodniu. W tym, byłam tam również. Sadzę, przesadzam i mam nadzieję cieszyć się z efektów. Teraz nareszcie zabrałam się do pomalowania stolika i krzeseł na tarasie.


              Od Asi dostałam po dziewczynach piaskownicę i robię w niej oczko wodne. Zrobiłam nawet  kamienne schody dla żab.



                Jeszcze muszę nasadzić więcej roślin wokół, a piaskownicę chcę wyłożyć czarną folią. Rozdzieliłam kilka żurawek i obsadziłam nimi dalej brzeg rabaty.



           Mam jeszcze sporo pomysłów, ale w tym roku chyba już nie wszystkie zrealizuję.




                A wieczory z herbatką i książką przy kominku. Czy można chcieć więcej?

sobota, 12 września 2026

Kolejne zakończenie

        Wczoraj zakończyłam kolejny i właściwie ostatni etap związany z dzieciństwem i młodością. To, co mnie z tym okresem łączyło, odeszło bezpowrotnie. Śmierć ojca była pierwsza, mijały kolejne rocznice. Potem musiałam pożegnać jedynego brata. Przyszła też kolej na mamę. Miała 92 lata. Taka kolej rzeczy, że rodzice odchodzą przed dziećmi, chociaż ona przeżyła swojego syna. Był jeszcze rodzinny dom, do wczoraj. Od dzisiaj ma nowego właściciela. Obca osoba, ale dobrze, że ktoś się nim zaopiekuje, że nadal będzie w nim życie. Oprócz nowej właścicielki u notariusza było nas czworo, bratowa i jej synowie, ale chyba tylko ja byłam z tym miejscem związana emocjonalnie. Mieszkałam w nim dwadzieścia osiem dobrych i gorszych lat. Tam spędziłam swoje dzieciństwo i młodość, tam spędziła swoje dzieciństwo moja córka. Tam się cieszyłam i tam płakałam. Teraz nie mogłam tam wrócić, moje życie i rodzina jest tutaj. Tam czułabym samotność.
          Zastanawiałam się tylko, czy gdyby żył brat, to czy też by dążył, aby ze względu na cenę sprzedaży, przeszedł on w obce ręce, czy, aby został w rodzinie, nawet nie w tej najbliższej, ale zawsze z możliwością odwiedzenia starych kątów, a taka możliwość była.
          Miałam niecałe jedenaście lat gdy się tam wprowadziliśmy. Był początek wakacji. Dom nie był wykończony. Jeden pokój był w stanie surowym, bez podłogi, bez tynków, miał tylko okno i drzwi. Wejście na strych miało tylko surowe, betonowe schody, a otwór zasłonięty był pilśniową płytą, żeby ze strychu nie wiało. Podobnie było z wejściem do piwnicy. Zabezpieczeniem były słowa rodziców " tylko nie spadnij", " uważaj , aby nie spaść". Nie było łazienki, ale była jasna kuchnia i dwa pokoje do dyspozycji. Więcej i lepiej niż w starym, wynajmowanym mieszkaniu. Była bieżąca woda, dzięki hydroforowi, który pompował ją ze studni, ale odpływ był do wiadra, które stało pod zlewozmywakiem. Nie raz się zapomnieliśmy i woda lała się z przepełnionego wiadra na podłogę. Było duże podwórko, jeszcze bez płotu i ogród, który miał powstać. Ale, dla nas było to coś nowego, pięknego, będącego powodem do radości. Z biegiem czasu powstała obudowa wejścia do piwnicy, aby było bezpiecznie, drewniane schody na strych i balustrada z tralek oraz obudowa niewielkiego  przedpokoju na strychu. Na  reszcie strychu, jeszcze przez ponad dziesięć lat hulał wiatr, wisiały linki do prania i był magazynem do wszystkiego. Podwórko i ogród otrzymały płot, a wzdłuż jednej z jego  ścian posadzono żywopłot ze świerków. Był pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym. Na określenie miejsca zamieszkania, mówiono, to ten dom ze świerkami. Tata posadził pierwszą jabłoń i gruszę, po latach kolejne. Mama posiała rabatę z kolorowych maków, posadziła truskawki, o warzywach nie wspomnę. Były lata 60-te, a ona z jakiegoś ogrodnictwa z Piaseczna pod Warszawą zamówiła sadzonki różnych kwiatków, których w pobliskich ogrodach nikt nie miał. W zacisznym kąciku stworzonym z krzewów bzu i jaśminu stanęła ławeczka, a obok huśtawka. W czasie dużych upałów, w wakacje, mama wystawiała dużą cynową balię, nalewała wody, którą nagrzewało słońce i mogliśmy się w niej pluskać. Po trzech latach został wykończony trzeci pokój, tak zwany gościnny. Używany był od większych okazji, święta, urodziny, kolęda.
          W budzie mieszkał Burek, a gdy go zabrakło Fafik. Burek był nieduży, ale głośny. Czuł się obrońcą domu, nawet kiedy na podwórko wtargnęli niezidentyfikowani faceci. Było po dwudziestej drugiej w nocy. My, ja i brat, spaliśmy, tata był w pracy na drugiej zmianie. Dojeżdżał do pracy do powiatowego miasta motocyklem. Furtka na podwórze była zamykana na skobel. Mama jeszcze nie spała. Zaczął ujadać Burek, a dwaj faceci kombinowali przy furtce, aż udało im się otworzyć i wejść. Dobijali się do drzwi i gadali w niezrozumiałym języku. Potem sobie poszli, ale strachu było, co niemiara. Potem okazało się, że z pobliskiego szpitala psychiatrycznego uciekło dwóch facetów. Czy to byli oni?
          Nie ma już świerków wzdłuż płotu, ale są ich "dzieci" w różnych innych miejscach ogrodu. Sześćdziesiąt ponad letnia daglezja nie mieści się w kadrze na zdjęciu. Wszystko wyrosło, zarosło i po wycięciu odrosło. Widać, że ogród potrzebuje ręki i sił. 
           Byłam tam wczoraj po raz ostatni i przykre dla mnie było nie to, że się z nim żegnałam, ale to, że nie wywołało to we mnie żalu . Przeszłość  i to co tam musiałam przeżyć, zrobiła swoje. Teraz pozostaną tylko zdjęcia i wspomnienia. Wczoraj zrobiłam ostatnie.



niedziela, 6 września 2026

Puzzle

               W lipcu, kiedy Asia z rodziną była na wakacjach, ja chodziłam karmić ich koty.  Na stole leżały rozpoczęte puzzle. Zaczęłam układać. To był obraz malarza Rocha Urbaniaka.

        Nie ułożyłam oczywiście wszystkiego / 1000 szt./, zostawiłam jeszcze dla domowników, w końcu były ich, ale nabrałam takiego apetytu na układanie, że nie oparłam się. Przypomniałam sobie, że dostałam na urodziny i leżą jeszcze nietknięte, dwa razy po 1000 sztuk, obrazy Vincenta Van Gogha.


            Pierwszy zrobiłam " Taras Kawiarni w nocy". Wydawał mi się łatwiejszy, ale czy taki był?


           Tysiąc prawie nie różniących się elementów, ale się zawzięłam i skończyłam z powodzeniem. To mnie tylko  zachęciło, aby zrobić drugi. " Słoneczniki".
          I znowu to samo. Wszystkie żółte, trochę turkusowych i jeszcze mniej zielonych. Różniły się jedynie odcieniami i kształtami.


       Dzisiaj dołożyłam ostatnie elementy.


          To był prezent jak zemsta, ale dałam radę i jest satysfakcja. Muszę wyjąć te stare, już nie raz układane, albo kupić sobie nowe. To wciąga, ale jest zdrowsze od niektórych innych nałogów.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Wakacje z wnusiami

            Wakacje dobiegły końca. Wiejskie dzieci, moich przodków nie wiedziały co to wakacje / czytana ostatnio książka/. Ja mieszkałam na wsi, chociaż nie w chłopskim gospodarstwie, to też nie jeździłam nigdzie. Mama mówiła, gdzie pojedziesz na kolonie do miasta, skoro tu masz czyste powietrze. Teraz myślę, że może chodziło o finanse, a ona nie pracowała zawodowo, więc mieliśmy zapewnioną opiekę, jak przez cały rok. Moja córka już potrzebowała opieki innych, bo ja pracowałam, a wiadomo jak jest z urlopami. Spędzała więc je u dziadków, moich rodziców oraz dwa tygodnie ze mną, kiedy miałam urlop. Moje wnusie mają półkolonie, wyjazdy z rodzicami, jakiś obóz, ale to wszystko za mało. Wakacje trwają przecież dwa miesiące. Zatem instytucja babcia też organizuje pobyt. U mnie nie jest tak źle, bo babcie są dwie. Takich pobytów z nocowankami albo tylko dochodzących było kilka po kilka dni. A co robiliśmy oprócz takich domowych zabaw? Byliśmy w motylarni. Jest w Gdańsku na Długim Targu,  Muzeum Żywych Motyli, gdzie kolorowe motyle,  swobodnie latają wokół zwiedzających. To niezapomniana przygoda, zwłaszcza dla dzieci. Można robić zdjęcia, obserwować je z bliska i podziwiać ich delikatne skrzydła. Zdarza się, że motyl usiądzie właśnie na Tobie. Oprócz motyli były również swobodnie fruwające  ptaki.










            Kiedy był duży upał albo padało, to sześciolatka zapraszała, babciu chodźmy na plac zabaw pod dachem. Jest trochę tych sal zabaw, gdzie dzieciaki mogą się wyszaleć, więc one też tam szalały. Trampoliny, zjeżdżalnie itp. Kiedyś, gdy wracaliśmy do domu, ta młodsza powiedziała " jestem taka zmęczona, że nawet spać mi się nie chce". 
         Byliśmy też w Parku Oruńskim. Dawniej bywałam tam często. Teraz wypiękniał po renowacji. Jest tam też plac zabaw, ale bez dachu, na świeżym powietrzu.











                Byliśmy , o czym pisałam  tutaj, na warsztatach ceramiki bolesławieckiej


           i w ZOO 


              Chodziliśmy na lody, byliśmy na działce na borówkach, ale najwięcej zabawy było w ogrodzie, zwłaszcza jak przyszła i dołączyła do zabaw koleżanka starszej. Było dużo zabawy i śmiechu. Ciekawe, czy w dojrzałym wieku będą wspominały wakacje u babci.