środa, 6 maja 2026

" Gdańsk, Czas burzy" - Hilke Sellnick

         Kiedy w lutym przeczytałam pierwszą część trylogii , gdzie historia toczy się w XIX wiecznym Gdańsku, chciałam zaraz czytać część drugą. Niestety musiałam poczekać, aż zostanie wydana. No i doczekałam się, właśnie skończyłam. Zaaferowana pierwszą częścią, teraz, na początku trochę się nudziłam, jakby pisana była na siłę, na ilość, jednak kolejne strony i rozdziały znowu wciągnęły mnie klimatem i atmosferą starego Gdańska.
       Wiele też dzieje się w fabule. Historie pokazane z perspektywy różnych bohaterów pozwalają w różnorodny sposób postrzegać  tamtą rzeczywistość, a w  sercu malowniczego Gdańska, miasta tętniącego życiem i przemysłowym zgiełkiem, rozkwitają kolejne odsłony historii rodu Forsterów i Berendów. "Gdańsk. Czas burzy" to opowieść o determinacji, miłości i intrygach, osadzona w  realiach drugiej połowy XIX wieku. 
      Autorka oddaje atmosferę epoki,  topografię miasta, obyczajowość oraz społeczne wyzwania tamtych czasów. To opowieść o walce o pozycję w świecie, gdzie reguły gry ustalane są przez mężczyzn, o poświęceniu dla rodziny i firmy, a także o odwadze podążania za głosem serca, nawet gdy wydaje się to niemożliwe.
             Już czekam na kolejną część, ale ta ukaże się dopiero w czerwcu. 
---
33 książka, 527/13.999

poniedziałek, 4 maja 2026

Rysowane przez wnusię

          Wnusia zawsze lubiła malować. Jeszcze nie miała trzech latek, gdy była u mnie przed przedszkolnym wiekiem, a siadała przy małej sztaludze i rysowała. Różne to były rysunki. Najczęściej abstrakcja, łączenie kolorów, czasem kilka kresek, a my w tym widzieliśmy to, co chcieliśmy widzieć. Przecież prawdziwi artyści też widzą swoje, nie zawsze to co my. :-). Swoją pasję rozwija i wychodzi jej to chyba coraz lepiej.
             To te najstarsze abstrakcje, które znalazłam.
Czy to mogą być kwiaty?


A to zachód słońca widoczny przez szuwary?


          A to już znacznie później nasz kotek i piesek znajomych.



            W ubiegłym roku , podwodny świat.


           I ubiegłoroczna zima.



              Ołówkiem.


I to już ostatnie, najnowsze.




           Jest tego oczywiście znacznie więcej.

sobota, 2 maja 2026

Ogród, refleksje na temat

         Przed wielu laty, w pierwszomajowe święto było sadzenie ziemniaków, więc w Święto Flagi poszłam popracować w moim ogrodzie. Na chwilkę, tylko w cieniu. Ciągle porządkuję to co powinnam zrobić wiosną. Robię to tak na raty, bo wydolność moja jest nie najlepsza, ale cóż, z opóźnieniem, ale jakoś daję radę. Po zakończeniu przewidzianej pracy, usiadłam sobie na ławeczce, też w cieniu i był to czas na chwilę refleksji. 
          Przed sześćdziesięciu laty , ojciec zaczął sadzić pierwsze drzewa w naszym rodzinnym domu. Przetrwały do dzisiaj między innymi jabłonie, grusza , krzewy porzeczek i olbrzymi iglak, ale to nie jest zwykły świerk, a chyba daglezja. Ma bodaj kilkanaście metrów wysokości i rozłożysty na kilka metrów. Potem rodzice dosadzali inne drzewka i krzewy. Niektórych już nie ma. Wyginęły, albo zostały wycięte. Ostatnio młodzież wycięła kwitnące krzewy.
          Ja nasz ogród uprawiam od jedenastu lat. Każda drzewko, krzew, bylina, wszystko posadzone własną ręką, według własnego pomysłu. Też nie wszystko przetrwało. Nawet niektóre drzewka i krzewy wymarzły lub nornice załatwiły im korzenie i padły. W tym roku sporo sama musiałam powycinać, po tegorocznej zimie, ale taka kolej w ogrodzie. Coś ginie, coś innego dostaje nowe miejsce. Na początku nie mogłam się doczekać efektów. Wszystko wydawało mi się takie małe w tym wielkim ogrodzie. Było tyle pustki, bo przecież wszystko robiłam sukcesywnie przez lata, a teraz niektóre drzewka mają już chyba po kilka metrów wysokości. Rozrosły się krzewy, a niektóre zrobiły się brzydkie, bo się zestarzały. Ogród trzeba tworzyć ciągle na nowo. 
             Siedząc tak sobie na ławeczce i podziwiając dzieło swoich rąk i natury, pomyślałam, zastanawiałam się, jak będzie ten ogród wyglądał za pięćdziesiąt lat. Kto będzie się nim opiekował? Co zostanie zmienione? Czy będę mogła do niego zajrzeć jako duch?
               Kiedy spoglądam w okno, widzę kwitnącą magnolię. Na początku liczyłam kwiaty, które się na niej pojawiły. Teraz bym ich nie policzyła. Niektóre kwiaty zostały uszkodzone przez mróz, ale z daleka tego nie widać.




          Prawie każda roślina w ogrodzie ma swoją historię. Aż trudno uwierzyć, że ta tuja i jałowiec rosły kiedyś w skrzynce na balkonie. Nie można ich było rozdzielić i tak jak rosły w skrzynce zostały posadzone do ogrodu. 


                Świerk, który kilka lat temu rósł u mamy w wiaderku, ma już kilka metrów wysokości.


         Siejące się same kocimiętki, które czasem obskubuje nasz rudzielec.


            Niezapominajki też się rozsiewają, gdzie chcą, ale te, ja przesadzam tam, gdzie według mnie, mogą być. Tam gdzie one chcą, mogłyby zagłuszyć inne rośliny.


               Kwitną śliwy, czereśnia, a na trawniku stokrotki. Gdy patrzę z góry przez okno, wygląda to, jakby ktoś te kwiatki z drzew rozsypał na trawie. Z tego samego okna ciekawie wygląda kontrast niebieskich szafirków i żółtych, niestety mleczy, ale będą tam już tylko chwilę. 


          To ostatnie to dowód, że mój ogród żyje po swojemu. Jest jeszcze wiele takich miejsc, gdzie nie doszłam z porządkowaniem. Kiedyś mnie to martwiło. Teraz  już akceptuję.




              Drzewko, które nie wiem dlaczego,  padło w ubiegłym roku. Nie usuwam go. Może kiedyś obsadzę jakimś bluszczem. Na razie "zadomowiły się" na nim wiewiórki.


            I pomyśleć, że przed jedenastu laty, tutaj było gołe pole po budowie.

piątek, 1 maja 2026

Niech się święci

         Niech się święci 1 Maja, hasło, które często dzisiaj słychać. Kiedyś było inne. O Proletariuszach i łączeniu się. Kiedyś też inaczej obchodzono to święto, a wszystko zaczęło się w Stanach Zjednoczonych, w czasie protestów robotników domagających się ośmiogodzinnego dnia pracy. W Chicago na przełomie kwietnia i maja 1886 roku odbywały się strajki, zebrania i pochody. Według Chicago History Museum 1 maja 1886 roku z pracy odeszło około 35 tysięcy robotników, a w kolejnych dniach do protestów dołączały następne grupy pracowników. Kulminacją napięcia były wydarzenia z 4 maja, gdy podczas robotniczego wiecu doszło do wybuchu bomby i starć z policją. Pierwsze obchody odbyły się 1 maja 1890 roku w wielu krajach Europy i poza nią. Od początku miały charakter społeczny i polityczny, były wyrazem solidarności ludzi pracy, ale także sprzeciwu wobec długiego dnia pracy, niskich płac i braku zabezpieczeń socjalnych.
       Również na ziemiach polskich, już w 1890 roku, ten dzień też stał się symbolem walki o prawa pracownicze, godność i wolność. Było to zwłaszcza w zaborze rosyjskim.
W PRL 1 Maja było to święto komunistycznej propagandy. W 1950 roku Sejm uchwalił ustawę o ustanowieniu 1 maja świętem państwowym. Od tego momentu data ta stała się jednym z najważniejszych elementów kalendarza PRL. Dziś dla wielu Polaków to przede wszystkim dzień wolny, początek majówki i rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej.
     W czasach PRL 1 Maja było obchodzone hucznie i według starannie przygotowanego scenariusza. Pochody mas pracujących miały pokazywać jedność społeczeństwa z partią i poparcie dla władzy. W wydarzeniach uczestniczyli robotnicy, urzędnicy, uczniowie, studenci, przedstawiciele zakładów pracy i organizacji młodzieżowych. Ustalano hasła na transparentach, dekoracje i kolejność przemarszu uczestników. Z trybun pozdrawiali najważniejsi działacze partyjni.
           Do obchodów tego dnia włączył się też Kościół katolicki, chociaż w innym wymiarze. W 1955 roku  papież Pius XII  ustanowił na ten dzień wspomnienie świętego Józefa Rzemieślnika. Jego intencją było podkreślenie godności ludzkiej pracy oraz sprawiedliwego podziału praw i obowiązków w życiu społecznym.
        Po 1989 roku święto straciło obowiązkowy i propagandowy charakter. Pozostało dniem ustawowo wolnym od pracy, ale w społecznej pamięci coraz częściej kojarzy się już nie z pochodami, lecz z początkiem majówki i długiego weekendu, wyjazdów, wypoczynku i spotkań rodzinnych. 
           A jak dla mnie wyglądały obchody tego dnia prawie sześćdziesiąt i nieco mniej lat temu. Zaczęło się w ogólniaku. Rano jak zwykle trzeba było pojechać do powiatowego miasta, bo tam mieściła się moja szkoła i tam były uroczyste obchody. Wszyscy zbierali się na rynku, tam formowane były kolumny, chyba już od przedszkolaków. Tam wręczano transparenty i inne ozdoby i czekaliśmy na start. Przed szkołami średnimi szły oczywiście ci młodsi. Nasz ogólniak zaczynał ze szkolną orkiestrą dętą. Zanim jednak ruszyliśmy z rynku, aby dojść chyba z kilometr do trybun, czekaliśmy. Najczęściej rano było zimno, wiało, a my musieliśmy być w wizytowych ubraniach, białych bluzeczkach i granatowych spódniczkach, o białych podkolanówkach nie wspomnę. Czekanie na start urozmaicaliśmy sobie wyskokami do pobliskiej lodziarni po lody. Kiedy wreszcie zaliczyliśmy trybuny i można było zdać rekwizyty i rozejść się, zazwyczaj zrobiło się już cieplej i słonecznie, a my byliśmy skonani. Kiedy już pracowałam, wyglądało to tak samo, tyle że, zakłady szły w dalszej kolejności. Po pochodzie wszyscy już głodni, ruszyli na dworzec PKS. Autobusy były, albo trzeba było czekać. Dostawiano dodatkowe kursy, aby ta proletariacka masa mogła powrócić do swoich domowych obowiązków. U nas zawsze w tym dniu, po pochodzie sadziło się ziemniaki. Niedużo, działka dwa tysiące metrów. Tata przyprowadzał od sąsiada konia i robił rowki w które wrzucaliśmy  mniej więcej co stopę,  ziemniaka.  Pamiętam jak tata się zastanawiał, czy aby go ktoś nie przyuważy i nie doniesie do władz, że w święto pracy, pracował. 
         Często miałam ochotę zastrajkować i nie pojechać. W  zatłoczonych autobusach musiałam dojeżdżać codziennie i jeszcze w to niby święto, ale przecież brało się pod uwagę obecność, a była w szkole ocena ze sprawowania, matura, w pracy podwyżki itd. Po południu też nie było wolnego, bo były te kartofle, a drugiego nie było święta flagi, a trzeciego też szło się do pracy. Takie to były świętowania tri dnium majowego. 

sobota, 25 kwietnia 2026

" Dziedzictwo przemocy, Historia imperium brytyjskiego" - Caroline Elkins

       Od czasu do czasu lubię zagłębić się w tematykę bardziej poważną. Tym razem zainspirował mnie tytuł książki i ciekawość poznania historii Wielkiej Brytanii. Niestety książka trochę mnie przerosła. Czytałam i odkładałam, robiłam przerywniki na inne książki, by jednak powrócić. Jest to książka typowo historyczna, same fakty na podstawie dokumentacji historycznej, miejsca, nazwiska zdarzenia. Książka bardzo trudna, ale jednocześnie ciekawa. Po historii z lat szkolnych niewiele mi pozostało. Przez ponad pięćdziesiąt lat można zapomnieć, a może takiej się nie uczyłam? Wielka Brytania, cywilizowane państwo chciało wprowadzać "swoją cywilizację" na innych lądach i nacjach i tak w XX wieku władza imperium brytyjskiego rozciągała się na kilka kontynentów. Prawie 1/4 lądów i niemal 700 milionów ludzi pod brytyjską  flagą, a co za tym idzie  wyzysk, deportacje, kary cielesne, napaści seksualne, tortury, zabójstwa, obozy koncentracyjne, wojny, terror. Zaczęło się w XVIII wieku.  Misja cywilizacyjna,  by budować swój raj na piekle innych.
          Caroline Elkins z precyzją prezentuje fakty, które przedstawiają nową wersję historii świata. Jest to  opowieść o potędze, ambicji i krwawym rachunku.
      Autorka przeanalizowała tysiące stron dokumentów, również tych skrzętnie ukrywanych, które wiele lat czekały na odnalezienie, a faktów  jakie  zebrała i  ilość źródeł do jakich dotarła jest ogrom. Pochłonęło to jej dziesięć lat życia i wymagało pracy na czterech kontynentach. Caroline Elkins, profesor historii otrzymała za to dzieło, Nagrodę Pulitzera. 
         Tak właściwie, to według mnie, książka jest oskarżeniem brytyjskich decydentów. Według autorki, niewielu było takich, którzy sprzeciwiali się przemocy.  Taka postawa musiała być przecież odwagą, bo brytyjskie kolonie nie były sielanką.  Książka jest też dowodem,  że przemoc może kwitnąć zawoalowana również w demokratycznym ustroju, gdzie dumę z wielowiekowych przepisów prawa uzupełnia się o zaprzeczanie niegodziwościom kolonialnym. 

„Przemoc nie była tylko akuszerką imperium brytyjskiego, występowała powszechnie w strukturach i systemach brytyjskich rządów. Nie stanowiła jedynie okazjonalnego środka do celu liberalnego imperializmu; była środkiem i celem tak długo, jak długo imperium brytyjskie utrzymywało się przy życiu. Bez przemocy Wielka Brytania nie zachowałaby suwerennych roszczeń do swoich kolonii.”
---
32 książka, 902/13.472

czwartek, 23 kwietnia 2026

Czy sama to samotna

         Ostatni weekend spędziłam w domu sama. Szkoda, że takiego czasu mam tak mało, prawie wcale.  Ani przez chwilę nie czuję się  samotna, bo lubię być sama.
Niektórzy uważają,  że synonimem samotności jest starość lub jakieś niezrównoważenie psychiczne. Ale nie dla mnie. Nauczyłam się kochać swoje towarzystwo. Życie dało mi wiele. Rodzinę, przyjaciół. Ale nauczyło  też doceniać ciszę. Lubię  spokojne poranki z kawą i książką. Czasem jeszcze w piżamie.  Lubię popołudnia przy pracy w ogrodzie. Lubię słuchać śpiewu ptaków wieczorem. Lubię rozmowy i zabawy z wnusiami. Od czasu do czasu.
        Nie potrzebuję hałasu, gwaru i potwierdzania siebie w towarzystwie, aby czuć, że żyję. 
Moje serce bije w rytm natury, w takt śpiewu ptaków, wśród kwitnących krzewów i kwiatów w moim ogrodzie. Wśród pracy im poświęconej, nawet jeśli jest ciężka i bolą ręce i plecy.
    Samotność to nie dziwactwo. To odkrywanie siebie, to poznawanie siebie. Nie jestem sama, jestem ze sobą. Nie jestem samotna, jestem w harmonii ze sobą, z życiem. I to jest dla mnie prawdziwe szczęście. Małe rzeczy, to co proste, naturalne i spontaniczne.

wtorek, 21 kwietnia 2026

Lekarz specjalista czy wystawca recept


               Od czasu moich spraw udarowych jestem pod opieką kardiologa. W międzyczasie doszły migotania, ale nie o swoim zdrowiu chciałabym dzisiaj napisać, ale o kardiologu. Mam nadzieję, że nie pozwą mnie za to do sądu, bo czytałam o takim przypadku, gdzie pani wyraziła swoją opinię o pewnym lekarzu ginekologu, bo ktoś pytał.  Piszę bez nazwiska. Dotychczas wizyty wyznaczane przez lekarza były co cztery miesiące / już trzeci rok to trwa/. Przed wizytą EKG i pakiet badań krwi. Z tymi dokumentami na wizytę do lekarza. Godzina wyznaczona, ale zawsze z poślizgiem i to nawet potrafię zrozumieć, ale to co chyba jest dziwne, to fakt, że przez ten cały okres, ani raz nie było badania ciśnienia krwi, nie było osłuchania tego serca. Nie było chyba nawet pytania, jak pani się czuje. Na moją uwagę, że mam problemy ze snem, skwitowanie, " jak większość z z nas".  Recepta na leki wystawiona na cztery miesiące i do widzenia. Teraz dostałam receptę na dwanaście opakowań każdego leku, bo wizyta wyznaczona na marzec 2027.  Ale cóż. Lekarz z NFZ. Ciekawe czy ma też praktyki prywatne i jak wtedy zajmuje się pacjentami. Aha, i w marcu 2027 roku, po dwóch latach,  mam sobie zrobić holtera EKG. Dostałam skierowanie. :-) Czy pacjenci to dla niektórych lekarzy zło konieczne?