poniedziałek, 21 września 2026

"Gdańsk - Lata wolności" - Hilke Sellnick

  

               Jest to trzecia i z tego co wiem, ostatnia część serii „Gdańsk” autorstwa Hilke Sellnick. W dalszym ciągu śledzimy w niej losy wcześniej poznanych bohaterów. Johanna  wraz ze swoim pasierbem, a potem narzeczonym Pawłem walczy, aby ich stocznia na Siennej Grobli przetrwała.  Kilka osób jest jej przychylnych mimo, że jej najstarszy brat Teodor stara się jak może aby zniesławić dobre imię przedsiębiorstwa Forsterów. Ernst, młodszy brat Johanny i Teodora w dalszym ciągu pisze i dzięki pomocy Augusty von Kleiwitz wydaje swoja pierwszą powieść. Ze Szczecina wróciła ze swoim synkiem Danuta. Luiza  zaczyna knuć z cwanym, czyhającym na gdańskie nieruchomości doktorem Richterem. W tle toczy się wojna o Szlezwik-Holsztyn w której uczestniczy mąż Augusty. Autorka maluje atmosferę panującą w Gdańsku w owych czasach.  Ten tom nie odniósł jednak na mnie takiego wrażenia jak poprzednie. Może to kwestia czekania na niego i czytania po przerwie. Miałam wrażenie, ze autorka pisze go na siłę, jednak polecam każdemu wielbicielowi historii obyczajowych całą trylogię.
      Powieść Hilke Sellnick to dla mnie, przede wszystkim, opowieść o kobiecej sile i determinacji, wolności i odwadze w niełatwych dla kobiet czasach. To także mistrzowsko nakreślony obraz Gdańska lat 60tych XIX wieku, miasta pełnego kontrastów, gdzie nowoczesność styka się z tradycją, a burzliwe czasy przemian społecznych i gospodarczych stają się tłem dla prywatnych dramatów i triumfów.
---
44 książka, 527/19.017

sobota, 19 września 2026

Żuława - osada niedaleko Gdańska

           Przejeżdżałam tamtędy setki, a może nawet więcej razy. Ot, kilka domów przy drodze, jakaś boczna droga. Nawet głębiej w polu nie widać innych domów. Jak się okazuje to nawet nie wieś, tylko osada. Skrót, a może tylko inna droga na mojej obecnej trasie wiedzie przez Żuławkę. To z nazwy, jakby "dziecko" Żuławy. Dzisiaj chciałam sprawdzić jak ta droga wygląda i po drodze, w Żuławie właśnie zastałam ciekawy kościółek. Zainteresowało mnie to, bo kilka domów i kościół, mały, bo mały, ale jest.
          Dalsza / nowa/ droga do mojego celu, szutrowa, albo z kamieni, bądź z płyt prowadziła przez pola. W sąsiedztwie niewielkiego lasku znowu tylko kilka domów, ale dla miłośników natury super położenie, tylko zimą jak zasypie śniegiem pewnie nie jest łatwo i jeśli są dzieci, to daleko do szkoły, a jednak ludzie decydują się w takim miejscu osiedlać. Może z wyboru, a może z konieczności. Ja widziałam sielskie krajobrazy polskiej wsi.



           Oczywiście jeśli nie będę musiała, to tą drogą nie będę więcej jeździła. Wracając starą, podjechałam jednak pod kościółek, który mnie zaintrygował. Dorobiłam sobie zaraz pewną teorię o tym miejscu, zwłaszcza, że dalej był staw, piękny starodrzew, wyglądający na dawny park. Podjechałam nawet dalej, ale przejazd był zamknięty, bo to teren prywatny. Uszanowałam, życzenie właścicieli i zakaz wjazdu. W domu jednak w ruch poszedł internet.


          Kościół znajduje się przy drodze, w sąsiedztwie zabudowań dawnego folwarku, w otoczeniu starodrzewu. W archiwach są ponoć informacje o obiekcie z 1587 roku, a następnie o jego odbudowie w 1736 roku. Obecny kościół został wzniesiony w latach 1859-60 najprawdopodobniej w tym samym miejscu co poprzedni. W kościele znajduje się kilka obiektów wartych uwagi, ołtarz główny z drugiej połowy XIX wieku z rzeźbami św. Piotra i Pawła, barokowa ambona pochodząca z około 1700 roku z namalowanymi postaciami czterech ewangelistów, oraz obrazy, XVII-wieczny przedstawiający Koronację Matki Boskiej oraz XVIII z postacią św. Małgorzaty. Niestety było już późno i kościół był zamknięty. Po prawej stronie, obok wejścia do budynku, wmurowana jest płyta nagrobna Michała Trembeckiego zmarłego w 1823, który był odpowiedzialny za odbudowę kościoła w 1736 roku, a którego rodzina była właścicielem wsi. W 2015 roku ukończono kolejny remont kościoła. Jest to kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i jest siedzibą parafii rzymskokatolickiej Podwyższenia Krzyża Świętego, należącej do dekanatu Pruszcz Gdański. Obok kościoła jest niewielki cmentarz.  Obecny kościół pw. Świętego Krzyża to dawna kaplica dworska i tutaj jest wytłumaczenie skąd przy kilku domach jest kościół, ale był dwór i była kaplica.





            Przez miejscowość przebiegają ulice Kwiatowa, Lipowa oraz Aleja Dębowa. Ta lipowa zaraz skojarzyła mi się z dojazdem do dworu, a takowy tam się znajduje. Zespół dworski z XVII do pierwsza połowa XIX wieku z zachowanym parkiem. Obiekt jest obecnie zaniedbany i stanowi własność prywatną. W skład zespołu wchodzi aleja wjazdowa, dwór, park, ogród warzywny, komórki, magazyn, garaż, warsztat, budynek mieszkalny pofolwarczny, obora, stodoła, obora na starych fundamentach dawna owczarnia, obora w miejscu starej stajni, dawna kuźnia obecnie budynek mieszkalny, rządcówka (nieistniejąca), gorzelnia, waga, kościół z cmentarzem, zespół budynków mieszkalnych w miejscu dawnych folwarcznych. Stan zachowania niestety niszczejący. Szkoda, że nie mogłam wejść i zobaczyć. Chociaż, płotu nie było.
     Historia dworu, to i historia Żuławy. Początkowo były to dobra rycerskie. Wieś wzmiankowano już w 1427 roku, bo wtedy król Kazimierz nadał dobra Żuława burmistrzowi gdańskiemu Reinholdowi Niederhoff. W II połowie XVI wieku wymieniona jest jako własność szlachecka. Była wówczas w posiadaniu P. Bąkowskiego herbu Ryś. Rodzina Bąkowskich posiadała liczne dobra, początkowo w powiecie gdańskim, a potem świeckim, natomiast w XVIII-XIX wieku głównie w ziemi chełmińskiej. Na Kaszubach piastowali w tym okresie liczne urzędy.
        Dwór wzmiankowany jest po raz pierwszy w 1671 roku, ale brakuje jego opisu. W XVIII wieku  majątek był własnością Dąbskich, a w 1789 roku jako właścicieli wymienia się Trąbeckich. Wówczas Żuława były wsią szlachecką z folwarkiem, karczmą i kaplicą.
W 1890 r. właścicielem majątku jest Hugo Monti. W 1933 roku u rodziny Monti pracowała, wówczas 13-letnia, Pani Helena, której wspomnienia opisała Magda Bielicka w kwartalniku Neony Tożsamości / takie informacje znalazłam na stronie https://dipp.info.pl/baza-dipp/pomorskie/powiat-gdanski/gmina-pruszcz-gdanski/dwor-zulawa/. 
„– Pan dziedzic był bardzo dobrym człowiekiem – przyznaje. – Jego żona też, tylko nie lubiła zbytnio pracować. Wolała siedzieć przed dworkiem, palić papierosa i doglądać pracy innych. W codziennych obowiązkach pomagała mi matka dziedziczki, na którą mogłam mówić „babcia” – wspomina Pani Helena”.
        W dworze mieściło się sześć pokoi, kuchnia i jadalnia. W piwnicy przechowywano jabłka i inne owoce. Znajdowała się tam również kuchnia i jadalnia dla pracowników sezonowych.
Dwór należał do rodziny Monti, zamieszkującej go do 1945 roku. Po wojnie przeszedł na własność stoczni, a następnie powstało tu Państwowej Gospodarstwo Rolne kombinatu Goszyn. W 1993 Agencja Nieruchomości Rolnych wydzierżawiła go, a następnie sprzedała podmiotowi prywatnemu. Obecny właściciel, firma Rolpod  ma ponoć plany, by dworek, w którym są teraz pomieszczenia biurowe, odrestaurować i przywrócić mu w miarę możliwości dawną świetność. Czy tak się stanie? Póki co niszczeje.
        Ponieważ nie mogłam zrobić zdjęć z tego miejsca, pożyczam je sobie ze stron internetowych.



              Przejeżdżałam tamtędy setki, a może nawet więcej razy i nic o tym miejscu nie wiedziałam, a wystarczyło raz zainteresować się tylko drogą na skróty, aby dowiedzieć się ciekawej historii. Zastanawiam się też, jak wyglądałyby te miejsca, gdyby nie odebrano ich właścicielom. Czy potomkowie dbali by , restaurowali, czy zburzyli i wybudowali nowe. Jaki byłby wówczas obecny świat?

poniedziałek, 14 września 2026

Wrzesień to już jesień

           Wrzesień to już jesień, co prawda za progiem, ale jej atmosferę już się czuje. Zapanowała nostalgiczna cisza i spokój, przyroda zmienia swoje barwy. Snują się poranne mgły, skończyły się / na szczęście/ upały. Wszystko sposobi się do zimy. Pomału można robić podsumowanie sezonu ogrodowego. Ja zrobię działkowego. Byłam tam w tym roku więcej razy i na dłużej niż w ubiegłym roku. Sporo zrobiłam, bo wciąż ją urządzam.
        W drodze na działkę, we wczesnych godzinach rannych byłam zachwycona tym co widziałam. Musiałam się zatrzymać i wyjść z auta, aby zrobić zdjęcie, ale to nie oddaje atmosfery. Unosząca się mgła, na siatce kropelki rosy i cisza wokoło.



                       Perełki rosy były też na liściach kwiatów i traw.



             Pająk utkał swoją koronkę i gdzieś się schował. Pewnie czekał na zdobycz.


                Jarzębina ubrana w swoje korale.


     I chociaż wciąż kwitną letnie kwiaty, to zażółciło się od rudbekii.




          To było w ubiegłym tygodniu. W tym, byłam tam również. Sadzę, przesadzam i mam nadzieję cieszyć się z efektów. Teraz nareszcie zabrałam się do pomalowania stolika i krzeseł na tarasie.


              Od Asi dostałam po dziewczynach piaskownicę i robię w niej oczko wodne. Zrobiłam nawet  kamienne schody dla żab.



                Jeszcze muszę nasadzić więcej roślin wokół, a piaskownicę chcę wyłożyć czarną folią. Rozdzieliłam kilka żurawek i obsadziłam nimi dalej brzeg rabaty.



           Mam jeszcze sporo pomysłów, ale w tym roku chyba już nie wszystkie zrealizuję.




                A wieczory z herbatką i książką przy kominku. Czy można chcieć więcej?

sobota, 12 września 2026

Kolejne zakończenie

        Wczoraj zakończyłam kolejny i właściwie ostatni etap związany z dzieciństwem i młodością. To, co mnie z tym okresem łączyło, odeszło bezpowrotnie. Śmierć ojca była pierwsza, mijały kolejne rocznice. Potem musiałam pożegnać jedynego brata. Przyszła też kolej na mamę. Miała 92 lata. Taka kolej rzeczy, że rodzice odchodzą przed dziećmi, chociaż ona przeżyła swojego syna. Był jeszcze rodzinny dom, do wczoraj. Od dzisiaj ma nowego właściciela. Obca osoba, ale dobrze, że ktoś się nim zaopiekuje, że nadal będzie w nim życie. Oprócz nowej właścicielki u notariusza było nas czworo, bratowa i jej synowie, ale chyba tylko ja byłam z tym miejscem związana emocjonalnie. Mieszkałam w nim dwadzieścia osiem dobrych i gorszych lat. Tam spędziłam swoje dzieciństwo i młodość, tam spędziła swoje dzieciństwo moja córka. Tam się cieszyłam i tam płakałam. Teraz nie mogłam tam wrócić, moje życie i rodzina jest tutaj. Tam czułabym samotność.
          Zastanawiałam się tylko, czy gdyby żył brat, to czy też by dążył, aby ze względu na cenę sprzedaży, przeszedł on w obce ręce, czy, aby został w rodzinie, nawet nie w tej najbliższej, ale zawsze z możliwością odwiedzenia starych kątów, a taka możliwość była.
          Miałam niecałe jedenaście lat gdy się tam wprowadziliśmy. Był początek wakacji. Dom nie był wykończony. Jeden pokój był w stanie surowym, bez podłogi, bez tynków, miał tylko okno i drzwi. Wejście na strych miało tylko surowe, betonowe schody, a otwór zasłonięty był pilśniową płytą, żeby ze strychu nie wiało. Podobnie było z wejściem do piwnicy. Zabezpieczeniem były słowa rodziców " tylko nie spadnij", " uważaj , aby nie spaść". Nie było łazienki, ale była jasna kuchnia i dwa pokoje do dyspozycji. Więcej i lepiej niż w starym, wynajmowanym mieszkaniu. Była bieżąca woda, dzięki hydroforowi, który pompował ją ze studni, ale odpływ był do wiadra, które stało pod zlewozmywakiem. Nie raz się zapomnieliśmy i woda lała się z przepełnionego wiadra na podłogę. Było duże podwórko, jeszcze bez płotu i ogród, który miał powstać. Ale, dla nas było to coś nowego, pięknego, będącego powodem do radości. Z biegiem czasu powstała obudowa wejścia do piwnicy, aby było bezpiecznie, drewniane schody na strych i balustrada z tralek oraz obudowa niewielkiego  przedpokoju na strychu. Na  reszcie strychu, jeszcze przez ponad dziesięć lat hulał wiatr, wisiały linki do prania i był magazynem do wszystkiego. Podwórko i ogród otrzymały płot, a wzdłuż jednej z jego  ścian posadzono żywopłot ze świerków. Był pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym. Na określenie miejsca zamieszkania, mówiono, to ten dom ze świerkami. Tata posadził pierwszą jabłoń i gruszę, po latach kolejne. Mama posiała rabatę z kolorowych maków, posadziła truskawki, o warzywach nie wspomnę. Były lata 60-te, a ona z jakiegoś ogrodnictwa z Piaseczna pod Warszawą zamówiła sadzonki różnych kwiatków, których w pobliskich ogrodach nikt nie miał. W zacisznym kąciku stworzonym z krzewów bzu i jaśminu stanęła ławeczka, a obok huśtawka. W czasie dużych upałów, w wakacje, mama wystawiała dużą cynową balię, nalewała wody, którą nagrzewało słońce i mogliśmy się w niej pluskać. Po trzech latach został wykończony trzeci pokój, tak zwany gościnny. Używany był od większych okazji, święta, urodziny, kolęda.
          W budzie mieszkał Burek, a gdy go zabrakło Fafik. Burek był nieduży, ale głośny. Czuł się obrońcą domu, nawet kiedy na podwórko wtargnęli niezidentyfikowani faceci. Było po dwudziestej drugiej w nocy. My, ja i brat, spaliśmy, tata był w pracy na drugiej zmianie. Dojeżdżał do pracy do powiatowego miasta motocyklem. Furtka na podwórze była zamykana na skobel. Mama jeszcze nie spała. Zaczął ujadać Burek, a dwaj faceci kombinowali przy furtce, aż udało im się otworzyć i wejść. Dobijali się do drzwi i gadali w niezrozumiałym języku. Potem sobie poszli, ale strachu było, co niemiara. Potem okazało się, że z pobliskiego szpitala psychiatrycznego uciekło dwóch facetów. Czy to byli oni?
          Nie ma już świerków wzdłuż płotu, ale są ich "dzieci" w różnych innych miejscach ogrodu. Sześćdziesiąt ponad letnia daglezja nie mieści się w kadrze na zdjęciu. Wszystko wyrosło, zarosło i po wycięciu odrosło. Widać, że ogród potrzebuje ręki i sił. 
           Byłam tam wczoraj po raz ostatni i przykre dla mnie było nie to, że się z nim żegnałam, ale to, że nie wywołało to we mnie żalu . Przeszłość  i to co tam musiałam przeżyć, zrobiła swoje. Teraz pozostaną tylko zdjęcia i wspomnienia. Wczoraj zrobiłam ostatnie.



niedziela, 6 września 2026

Puzzle

               W lipcu, kiedy Asia z rodziną była na wakacjach, ja chodziłam karmić ich koty.  Na stole leżały rozpoczęte puzzle. Zaczęłam układać. To był obraz malarza Rocha Urbaniaka.

        Nie ułożyłam oczywiście wszystkiego / 1000 szt./, zostawiłam jeszcze dla domowników, w końcu były ich, ale nabrałam takiego apetytu na układanie, że nie oparłam się. Przypomniałam sobie, że dostałam na urodziny i leżą jeszcze nietknięte, dwa razy po 1000 sztuk, obrazy Vincenta Van Gogha.


            Pierwszy zrobiłam " Taras Kawiarni w nocy". Wydawał mi się łatwiejszy, ale czy taki był?


           Tysiąc prawie nie różniących się elementów, ale się zawzięłam i skończyłam z powodzeniem. To mnie tylko  zachęciło, aby zrobić drugi. " Słoneczniki".
          I znowu to samo. Wszystkie żółte, trochę turkusowych i jeszcze mniej zielonych. Różniły się jedynie odcieniami i kształtami.


       Dzisiaj dołożyłam ostatnie elementy.


          To był prezent jak zemsta, ale dałam radę i jest satysfakcja. Muszę wyjąć te stare, już nie raz układane, albo kupić sobie nowe. To wciąga, ale jest zdrowsze od niektórych innych nałogów.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Wakacje z wnusiami

            Wakacje dobiegły końca. Wiejskie dzieci, moich przodków nie wiedziały co to wakacje / czytana ostatnio książka/. Ja mieszkałam na wsi, chociaż nie w chłopskim gospodarstwie, to też nie jeździłam nigdzie. Mama mówiła, gdzie pojedziesz na kolonie do miasta, skoro tu masz czyste powietrze. Teraz myślę, że może chodziło o finanse, a ona nie pracowała zawodowo, więc mieliśmy zapewnioną opiekę, jak przez cały rok. Moja córka już potrzebowała opieki innych, bo ja pracowałam, a wiadomo jak jest z urlopami. Spędzała więc je u dziadków, moich rodziców oraz dwa tygodnie ze mną, kiedy miałam urlop. Moje wnusie mają półkolonie, wyjazdy z rodzicami, jakiś obóz, ale to wszystko za mało. Wakacje trwają przecież dwa miesiące. Zatem instytucja babcia też organizuje pobyt. U mnie nie jest tak źle, bo babcie są dwie. Takich pobytów z nocowankami albo tylko dochodzących było kilka po kilka dni. A co robiliśmy oprócz takich domowych zabaw? Byliśmy w motylarni. Jest w Gdańsku na Długim Targu,  Muzeum Żywych Motyli, gdzie kolorowe motyle,  swobodnie latają wokół zwiedzających. To niezapomniana przygoda, zwłaszcza dla dzieci. Można robić zdjęcia, obserwować je z bliska i podziwiać ich delikatne skrzydła. Zdarza się, że motyl usiądzie właśnie na Tobie. Oprócz motyli były również swobodnie fruwające  ptaki.










            Kiedy był duży upał albo padało, to sześciolatka zapraszała, babciu chodźmy na plac zabaw pod dachem. Jest trochę tych sal zabaw, gdzie dzieciaki mogą się wyszaleć, więc one też tam szalały. Trampoliny, zjeżdżalnie itp. Kiedyś, gdy wracaliśmy do domu, ta młodsza powiedziała " jestem taka zmęczona, że nawet spać mi się nie chce". 
         Byliśmy też w Parku Oruńskim. Dawniej bywałam tam często. Teraz wypiękniał po renowacji. Jest tam też plac zabaw, ale bez dachu, na świeżym powietrzu.











                Byliśmy , o czym pisałam  tutaj, na warsztatach ceramiki bolesławieckiej


           i w ZOO 


              Chodziliśmy na lody, byliśmy na działce na borówkach, ale najwięcej zabawy było w ogrodzie, zwłaszcza jak przyszła i dołączyła do zabaw koleżanka starszej. Było dużo zabawy i śmiechu. Ciekawe, czy w dojrzałym wieku będą wspominały wakacje u babci.