Na portalu podlaskawiedzmapl przeczytałam kiedyś:
Klątwa zdrowia czasami może pochodzić od samych rodziców. Tylko po to byśmy nie poszli dalej, by nie zostali sami. Bo liczą, że jesteśmy zobowiązani być na ich każde zawołanie. Lecz kiedy klątwa wejdzie za głęboko, to często dzieci umierają jeszcze przed rodzicami i też się nimi nie zajmą tak jak oni by chcieli.
Przekleństwo rodziców to jedna z najcięższych klątw, z którą żyje wiele osób. Jedni są jej świadomi, inni nie wiedzą dlaczego wali im się życie. Nie wiedzą dlaczego chorują i nie potrafią wrócić do zdrowia, a zarobione pieniądze obracają się w pył. Jeśli rodzice żyją, ich przekleństwo często staje się ich codzienną modlitwą, powtarzaną jak mantra. Chociaż być może tylko raz się nie podporządkowaliśmy.
To straszne słowa i aż trudno w nie uwierzyć, że są prawdziwe, ale ja już w nie wierzę. Mało tego, ja czasem czuję, że jestem przeklęta. Może klątwa, to zbyt wielkie obciążenie, ale wszędzie się czyta, że słowa matki mają wielką moc. Mnie prześladują słowa mojej mamy, wypowiadane niejednokrotnie." Nie czekaj na moją śmierć, bo umrzesz prędzej niż ja, albo zaraz po mnie. Ludzi, którzy nie szanują rodziców, to spotyka." Dla niej szacunek, to było bezwarunkowe posłuszeństwo, nawet w wieku 70 lat. Nie byłam dla niej niedobra, starałam się, ona była najważniejsza, z wiele dla niej rezygnowałam w swoim życiu, aż w pewnym momencie nie chciałam się do końca podporządkować, zrezygnować z siebie, ze swojej rodziny. To wystarczyło za grzech ciężki. Teraz kiedy zdrowie się sypie i kiedy źle się poczuję, kiedy coś zaczyna boleć, kiedy coś nie wychodzi, to zaraz zaczynam myśleć i przypominają się jej słowa.
Ostatnio miałam sen. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam, że powiedziałam, jestem zmęczona, ja już nie chcę żyć. Ale to nieprawda. Pomimo wszystkiego co czuję, co się czasem dzieje, pomimo snu, ja przecież chcę jeszcze żyć. Dla córki, dla wnuczek, dla siebie. Czy znowu poddaję się mamie? Dzisiaj przecież patrzę już na nią inaczej.
Moja mama mówiła głównie o problemach. Nie spała i czuła się wyczerpana. Była drażliwa, zrzędliwa i zgorzkniała. Nigdy się nie zmieniła. A ja cierpiałam, bo nie wiedziałam jak jej pomóc. To czego wymagała było dla mnie nie do przyjęcia, a jednak się naginałam.
Zrozumienie, że każdy jest odpowiedzialny za swoje życie, zajęło mi lata. Dopiero niedawno powiedziałam stop, bo zrozumiałam, że moja udręka, moja depresja, moja bezsenność i mój stres nie rozwiązywały problemów, ale pogarszały je.
Doszłam do wniosku, że moim obowiązkiem wobec samej siebie jest zachować spokój i pozwolić każdemu rozwiązać to, co mu się należy. Pomogła niewątpliwie psychoterapia.
Nie można też pozwolić, aby całe nasze życie kierowane było z urazy, ponieważ matka nie dała nam miłości, upokarzała. Matka była początkiem naszego istnienia i bez wątpienia miała cięższe życie, trudniejsze, nieraz samotne. Z pewnością nie miała takiego poziomu świadomości, jak ja, ani szansy na uzdrowienie.
To nie znaczy, że nie cierpiałam, ale ona też miała matkę, której potrzebowała, a może ta też nie dała jej tego co powinna.
Słowa matki mają jednak moc, dlatego ja nigdy nie powiedziałabym mojej córce tego, co słyszałam od swojej mamy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz