sobota, 12 września 2026

Kolejne zakończenie

        Wczoraj zakończyłam kolejny i właściwie ostatni etap związany z dzieciństwem i młodością. To, co mnie z tym okresem łączyło, odeszło bezpowrotnie. Śmierć ojca była pierwsza, mijały kolejne rocznice. Potem musiałam pożegnać jedynego brata. Przyszła też kolej na mamę. Miała 92 lata. Taka kolej rzeczy, że rodzice odchodzą przed dziećmi, chociaż ona przeżyła swojego syna. Był jeszcze rodzinny dom, do wczoraj. Od dzisiaj ma nowego właściciela. Obca osoba, ale dobrze, że ktoś się nim zaopiekuje, że nadal będzie w nim życie. Oprócz nowej właścicielki u notariusza było nas czworo, bratowa i jej synowie, ale chyba tylko ja byłam z tym miejscem związana emocjonalnie. Mieszkałam w nim dwadzieścia osiem dobrych i gorszych lat. Tam spędziłam swoje dzieciństwo i młodość, tam spędziła swoje dzieciństwo moja córka. Tam się cieszyłam i tam płakałam. Teraz nie mogłam tam wrócić, moje życie i rodzina jest tutaj. Tam czułabym samotność.
          Zastanawiałam się tylko, czy gdyby żył brat, to czy też by dążył, aby ze względu na cenę sprzedaży, przeszedł on w obce ręce, czy, aby został w rodzinie, nawet nie w tej najbliższej, ale zawsze z możliwością odwiedzenia starych kątów, a taka możliwość była.
          Miałam niecałe jedenaście lat gdy się tam wprowadziliśmy. Był początek wakacji. Dom nie był wykończony. Jeden pokój był w stanie surowym, bez podłogi, bez tynków, miał tylko okno i drzwi. Wejście na strych miało tylko surowe, betonowe schody, a otwór zasłonięty był pilśniową płytą, żeby ze strychu nie wiało. Podobnie było z wejściem do piwnicy. Zabezpieczeniem były słowa rodziców " tylko nie spadnij", " uważaj , aby nie spaść". Nie było łazienki, ale była jasna kuchnia i dwa pokoje do dyspozycji. Więcej i lepiej niż w starym, wynajmowanym mieszkaniu. Była bieżąca woda, dzięki hydroforowi, który pompował ją ze studni, ale odpływ był do wiadra, które stało pod zlewozmywakiem. Nie raz się zapomnieliśmy i woda lała się z przepełnionego wiadra na podłogę. Było duże podwórko, jeszcze bez płotu i ogród, który miał powstać. Ale, dla nas było to coś nowego, pięknego, będącego powodem do radości. Z biegiem czasu powstała obudowa wejścia do piwnicy, aby było bezpiecznie, drewniane schody na strych i balustrada z tralek oraz obudowa niewielkiego  przedpokoju na strychu. Na  reszcie strychu, jeszcze przez ponad dziesięć lat hulał wiatr, wisiały linki do prania i był magazynem do wszystkiego. Podwórko i ogród otrzymały płot, a wzdłuż jednej z jego  ścian posadzono żywopłot ze świerków. Był pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym. Na określenie miejsca zamieszkania, mówiono, to ten dom ze świerkami. Tata posadził pierwszą jabłoń i gruszę, po latach kolejne. Mama posiała rabatę z kolorowych maków, posadziła truskawki, o warzywach nie wspomnę. Były lata 60-te, a ona z jakiegoś ogrodnictwa z Piaseczna pod Warszawą zamówiła sadzonki różnych kwiatków, których w pobliskich ogrodach nikt nie miał. W zacisznym kąciku stworzonym z krzewów bzu i jaśminu stanęła ławeczka, a obok huśtawka. W czasie dużych upałów, w wakacje, mama wystawiała dużą cynową balię, nalewała wody, którą nagrzewało słońce i mogliśmy się w niej pluskać. Po trzech latach został wykończony trzeci pokój, tak zwany gościnny. Używany był od większych okazji, święta, urodziny, kolęda.
          W budzie mieszkał Burek, a gdy go zabrakło Fafik. Burek był nieduży, ale głośny. Czuł się obrońcą domu, nawet kiedy na podwórko wtargnęli niezidentyfikowani faceci. Było po dwudziestej drugiej w nocy. My, ja i brat, spaliśmy, tata był w pracy na drugiej zmianie. Dojeżdżał do pracy do powiatowego miasta motocyklem. Furtka na podwórze była zamykana na skobel. Mama jeszcze nie spała. Zaczął ujadać Burek, a dwaj faceci kombinowali przy furtce, aż udało im się otworzyć i wejść. Dobijali się do drzwi i gadali w niezrozumiałym języku. Potem sobie poszli, ale strachu było, co niemiara. Potem okazało się, że z pobliskiego szpitala psychiatrycznego uciekło dwóch facetów. Czy to byli oni?
          Nie ma już świerków wzdłuż płotu, ale są ich "dzieci" w różnych innych miejscach ogrodu. Sześćdziesiąt ponad letnia daglezja nie mieści się w kadrze na zdjęciu. Wszystko wyrosło, zarosło i po wycięciu odrosło. Widać, że ogród potrzebuje ręki i sił. 
           Byłam tam wczoraj po raz ostatni i przykre dla mnie było nie to, że się z nim żegnałam, ale to, że nie wywołało to we mnie żalu . Przeszłość  i to co tam musiałam przeżyć, zrobiła swoje. Teraz pozostaną tylko zdjęcia i wspomnienia. Wczoraj zrobiłam ostatnie.



1 komentarz:

  1. Przeczytałam z ogromnym wzruszeniem. To nie jest tylko opowieść o domu, ale o całym życiu, które się w nim wydarzyło — o dzieciństwie, rodzicach, bracie, córce, radościach, troskach i setkach małych, codziennych wspomnień. Pięknie Pani opisała to miejsce, dzięki czemu można niemal zobaczyć ten ogród, świerki, ławeczkę i poczuć atmosferę tamtych lat. ❤️

    Myślę, że brak żalu podczas ostatniego pożegnania wcale nie oznacza braku uczuć. Czasem po prostu przychodzi moment, kiedy człowiek jest już gotowy pozwolić przeszłości odejść. Dom zmieni właściciela, ale tego, co Pani w nim przeżyła, nikt nie jest w stanie odebrać. Zostaną wspomnienia, zdjęcia i ta piękna historia, którą Pani zachowała w słowach. Życzę Pani dużo spokoju i ciepła na tym kolejnym etapie życia. 🌷

    OdpowiedzUsuń