niedziela, 11 stycznia 2026

Pada śnieg, pada śnieg

                                Pada śnieg

Poprzez białe drogi, z mrozem za pan brat
pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
Biegnij koniu wrony przez uśpiony las
my wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak:

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
co za radość, gdy saniami można jechać w dal
Gdy pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
a przed nami i za nami wiruje tyle gwiazd.

Biegniesz biała drogo nie wiadomo jak,
nie ma tu nikogo, kto by znaczył ślad.
Tylko nasze sanie, tylko szybki koń
tylko gwiazdy roześmiane i piosenki ton.

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
co za radość, gdy saniami można jechać w dal
Gdy pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
a przed nami i za nami wiruje tyle gwiazd.

              Na dzisiaj piosenka już trochę nieaktualna. Po zielony świerk już nie pojedziemy. Święta minęły, ale śnieg pada, jak dawno nie padał. Zima jak z mojego dzieciństwa. Nie wiem czemu, ostatnio tak chętnie i często wracam wspomnieniami do tamtych lat. 
              Śnieg padał jak dziś, za oknem wszystko było białe. W domu ciepły piec, strzelały w nim iskry i trzaskało palone drewno. Mama krzątała się pewnie przy obiedzie, a my , tzn. ja z bratem bawiliśmy się , może rysowaliśmy coś przy stole nowymi kredkami od Gwiazdora. 
Na stopach ciepłe skarpety, które robiły zazwyczaj babcie , na plecach ciepły sweter zrobiony na drutach przez mamę , a za oknem dzwoneczki sań. Kulig ciągniony przez konie, śmiech dzieci. My nie uczestniczyliśmy w kuligach. Nie brała w nich udziału mama, więc nas też nie puszczała. Może tata by z nami poszedł, ale słuchał mamy zakazu. Pamiętam jednak jak sam nas ciągnął na saneczkach i jechaliśmy do babci, do jego mamy. Na podwórzu były wysokie korytarze, odśnieżone przejścia, do ulicy i do szopki z opałem. Na strychu naszej sąsiadki roztaczał się zapach jabłek. Wywieszona tam wyprana pościel i ubrania, były sztywne jak drut. Ech, co to były za czasy.  Dzisiaj nie wystarczy odśnieżyć korytarz do przejścia. Musi być szeroko, aby auto przejechało, sypie się solą, aby się nie ślizgało. Konie nie ciągną sań. Jeśli kulig, to gdzieś zorganizowany, komercyjny. Kredki dla dzieci, to nic takiego. Wolą siedzieć przy komputerze, telefonie. W domu cisza, nawet drwa nie trzaskają w ogniu. Czy obecne pokolenie dzieci też będzie miało co wspominać? Co prawda moje wnusie, wystarczy trochę śniegu , a już lepią bałwana. Ja go lepiłam dopiero jak córka była dzieckiem, czyli w dorosłości. Nie wiem dlaczego nie w czasach dzieciństwa. A ja dzisiaj? W domu ciepło od kaloryfera lub podłogi. Nie muszę zakładać ciepłych skarpet. Zrobiłam sobie owocową herbatkę. Mam jeszcze świąteczne pierniczki,  książkę, wełnę i druty, a za oknem śnieg pada. Obserwowałam przez okno sąsiadów jak się wspomagali, bo się w śniegu zakopali.



sobota, 10 stycznia 2026

" Spalona za czary - Historia Triny Papisten" - Patrycja Pelica


         Wczoraj byłam po raz pierwszy , w tym roku, w bibliotece. Przygotowana lista tytułów, wszystko było, ale na początek zainteresowała mnie książka spoza listy. Tytuł " Spalona za Czary" nawiązywał do ostatniej pozycji z ubiegłego roku. Tamta była trochę jak sprawozdanie. Ta nie pozwoliła spokojnie usiedzieć. Jest to powieść zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, co wynika ze starych kronik Słupska. Jest w niej trochę historycznych faktów i bardzo realistyczne opisy. Słupsk, na przełomie XVII i XVIII wieku opętany żądzą polowania na czarownice. Spalono tam na stosie osiemnaście kobiet uważanych za diable służki, wiedźmy, czarownice. Jedną z nich była Katarzyna Zimmermann zwana Triną Papisten, której poświęcona jest książka, ale tak właściwie, jest  książka poświęcona, każdej oskarżonej o czary kobiecie, bo wszystkie one żyły tak samo. Były żonami, matkami, gospodyniami, zielarkami, które swoją wiedzą pomagały innym, a jednocześnie były inne niż ich sąsiadki. Wiedziały więcej, były mądre, zapobiegliwe, posiadały urodę.
       Trina to kobieta, która również zajmuje się zielarstwem i bezinteresownie pomaga innym ludziom. Mieszkańcy nie będą jednak pamiętać o jej dobrych uczynkach, gdy w ich okolicy zaczną pojawiać się plagi. Bez skrupułów zaczynają obwiniać Trinę o rzucanie uroków i klątw. I tak wystarczyło raz powiedziane słowo wiedźma, aby zawiść, zazdrość, odrzucenie, strach, niewiedza, zemsta  i tym podobne emocje, pod płaszczykiem fanatyzmu i religijności, przekuć w piekło. Piekło dla kobiet. Słupska Baszta Czarownic stoi do dzisiaj, ale nigdy nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak cały Słupsk opisany w powieści.
      Piękny, pełen metafor język, obrazowe, plastyczne opisy prowadziły mnie ulicami , polami, zaglądałam do domów, ogrodów. Wszędzie słyszałam głosy, czułam smaki, zapachy, deszczu, ziół i dymów.
         Z opisami scen tortur spotkałam się w poprzedniej książce, Czarownice z Pomorza i Prus, jednak te, w tej książce, wnikały w moje wnętrze, że wprost czułam strach, który ogarnął tamten Słupsk. Chwilami musiałam odkładać książkę, jak dziecko zamyka oczy na widok brzydkiej sceny w bajce, bo wszystko we mnie drgało, ale zaraz wracałam, bo książka wciągała. Ale to nie była bajka. To straszna przeszłość, która istniała naprawdę. To historia obok której nie można przejść obojętnie. Książkę  bardzo, bardzo polecam.
---
4 książka, 335/1.726

czwartek, 8 stycznia 2026

" Spotkamy się pod drzewem ombu" - Santa Montefiore



         Czy też tak macie, a może mieliście, że kupowaliście książki i ich nie czytaliście. Teraz jak kupię, to zaraz przeczytam, ale bywało, że odkładałam na stosik, a potem na półkę i zabrakło czasu, zapomniałam. Teraz odkrywam te wszystkie zapomniane i czytam je / nareszcie/ albo niektóre ponownie dla przypomnienia. Kiedyś, często  kupowałam na chybił trafił, bo trudno było dostać. Potem zapisałam się do księgarni wysyłkowej Świat Książki, gdzie regulamin zobowiązywał do zakupu w określonym przedziale czasowym, albo przysyłali swoją. O ile sobie dobrze przypominam " Spotkajmy się pod drzewem ombu" dostałam w prezencie - 2002 rok wydania. To dawne dzieje. Historia opowiedziana w książce jest współczesna. Głównie lata 70-te do prawie końca XX wieku. Argentyna i jej historia oraz trochę Europy. Jest to saga rodzinna, której historia zaczyna się jednak wcześniej. 
      Główni bohaterzy pochodzą ze znakomitej rodziny i dorastają na ranczu na argentyńskiej pampie.  Sofię Solanas kochają wszyscy,  jest rozpieszczona, ale też wyjątkowo uparta i niezwykle dumna. Niestety,  jej matka karze ją za własne poczucie niepewności i wyobcowania, odrzuceniem. Kiedy Sofia wdaje się w romans z kuzynem, co uważane jest za hańbę dla rodziny, rodzice z dnia na dzień, wysyłają ją do Europy. Dziewczyna czuje się zraniona i  zrywa wszystkie kontakty z rodziną na ponad 20 lat. Do Argentyny wraca dopiero wtedy, gdy rodzina przeżywa trudne chwile związane z ciężką chorobą. Co ją tam czeka? Jakiej tajemnicy się tam dowie.
     Jest to książka o miłości i rodzinie, ale przewijają się tam wszystkie emocje i przeżycia: złość, przyjaźń, nienawiść, przebaczenie. Dodatkowo, autorka pięknie opisuje miejsca w których dzieje się historia, zarówno w Argentynie, ale też w Wielkiej Brytanii. Nawiązania do wydarzeń historycznych tego okresu, dodają historii prawdziwości. Polecam.

" Wiedzę można posiąść, ale mądrość przychodzi wraz z doświadczeniem"
---
3 książka, 560/1.390

poniedziałek, 5 stycznia 2026

" Gdy powrócą kanarki" - Laura Barrow


            Kolejna, pięknie wydana książka spod choinki.  I cóż, książka wciąga powoli, ale intensywnie. Na początku nawet myślałam, że znowu wchodzę w coś na siłę, bo raczej nie lubię odkładać zaczętej i nie przeczytanej książki, ale popełniłabym błąd rezygnując z czytania. Kiedy dobiegłam do ostatniej strony, żałowałam, że się skończyła.
                 Jest to opowieść o rodzinie, która sporo przeszła. Historia trzech sióstr, bo czwarta, najmłodsza bliźniaczka, zaginęła w dzieciństwie, które będące w nie najlepszych stosunkach, pełne żalu i złych wspomnień wracają w rodzinne strony, by, jak sobie obiecały dwadzieścia pięć lat wcześniej, odkopać kapsułę czasu, oraz o babci, która lubiła mieć ostatnie słowo.  Zdarzenie z dnia zaginięcia dziewczynki wywarło piętno na dalszych losach całej rodziny, a temat odpowiedzi co się z nią stało, przejawia się przez całą opowieść. Opowieść wzruszająca, pełna ciepła, pięknych narracji i ... humoru. To opowieść o sile rodzinnych więzów, odnawianiu kruchych relacji i przebaczeniu. Polecam.

"Podobno każdy człowiek jest lepszy, niż najgorsza rzecz, którą zrobił."
*
" Nigdy nie uda nam się zapobiec każdemu złu.
Możemy tylko cieszyć się z tego, co dobre, dopóki to mamy."
---
2 książka, 372/830

niedziela, 4 stycznia 2026

" Życie, którego nie wybrałam" - Kelly Rimmer


               Nie jest to książka historyczna, ale z historycznym tłem, czyli taka jak lubię. Głęboka, refleksyjna i z łezką. Dawno nie płakałam przy książce, a tutaj były momenty tak przedstawionych emocji, że oczy mi zwilgotniały.
       " Życie, którego nie wybrałam" to opowieść o życiu dwóch rodzin, żyjących w tym samym okresie, ale w różnych światach. Niemcy i Teksas  lat 30-tych do roku 1950, gdzie losy tych rodzin się krzyżują. 
       Niemka Sophie, pochodząca z bogatej rodziny, wiedzie spokojne życie  jako żona naukowca Jurgena Rhodesa, zajmującego się badaniami nad rakietami kosmicznymi. Wzorowa żona i gospodyni, zauważa jak otaczający ją świat zatruwany jest ideologią nazistowską.  Gdy wojna wybucha, Jurgen zostaje zmuszony do pracy dla nazistów, a po jej zakończeniu trafia do amerykańskiej niewoli i zostaje przewieziony do Stanów w ramach tajnej operacji Paperclip. Sophie, wraz z dwójką młodszych dzieci, w 1950 roku dołącza do niego i osiedlają się wśród innych niemieckich naukowców.
        Lizzie, mieszkanka Teksasu, również nie ma wpływu na wydarzenia, które zgotował jej los. Kryzys lat 30-tych, nawiedzające Teksas katastrofalne burze piaskowe zmuszają ją i jej brata do opuszczenia rodzinnej farmy.  Henry, szukając jakiegoś zajęcia  wstępuje do armii i walczy w Europie. To co zobaczył i przeżył  odciska na nim głębokie piętno.  Gdy okazuje się, że jego nowym sąsiadem jest niemiecki naukowiec, który być może miał związek z wojennymi cierpieniami, napięcie w nim narasta. Nie jest łatwo żyć z tajemnicami i z konsekwencjami decyzji, które się podejmowało,  nawet w sytuacji, gdy nie pozostawiono nam wyboru. Zawsze znajdzie się ktoś lub coś, że przeszłość wraca, a spirala nienawiści nakręca się do tego stopnia,  że  dochodzi do kolejnego nieszczęścia.
        Jest to opowieść o moralnych dylematach, o winie, której nie sposób odkupić, o traumie i życiowych wyborach, których konsekwencje zmieniają cały nasz świat. 
Autorka tworzy przejmującą opowieść, w której granica między dobrem, a złem, winą, a dyktowaną koniecznością nigdy nie jest wyraźna. Czytelnik zostaje zmuszony do zastanowienia się nad  podejmowanymi decyzjami i ich długofalowymi konsekwencjami. 
Wielu po wojnie twierdziło, że robili wyłączne to, co wydawało  się konieczne do zapewnienia bezpieczeństwa swoim rodzinom, ale czy takie tłumaczenie jest wystarczające wobec ogromu okrucieństwa i zadawanej śmierci? Czy milcząc, nie dawali przyzwolenia i nie ponoszą współwiny? Czy nie istnieje punkt, w którym mamy moralny obowiązek stawić opór, niezależnie od ceny, która nam przyjdzie zapłacić? Bywa, że realizujemy życie, które nie jest nasze, którego byśmy nie wybrali, niestety jego konsekwencje dotykają nas. 
         Kelly Rimmer opowiada o skomplikowanych ludzkich losach, a jej bohaterowie nie są czarno-biali , tak jak nic w życiu nie jest czarno białe. Są pełni sprzeczności, ludzkich słabości i rozterek, co sprawia, że ich historia jest niezwykle wciągająca.

 „Nie zawsze najsilniejsze drzewa są w stanie przetrwać burzę. 
Czasem udaje się to tym, które potrafią ugiąć się pod naporem wiatru.” 
---
1 książka w 2026 roku, 458/458

sobota, 3 stycznia 2026

" Czarownice z Pomorza i Prus" - Anna Koprowska-Głowacka


              To ostatnia książka przeczytana w minionym roku i zaraz wniosek, jak dobrze, że nie przyszło nam żyć w tamtym czasie. Ponad dwa wieki życia w niepewności i zagrożeniu zakończenia życia na stosie, poprzedzone ogromnymi cierpieniami. Mówimy o metodach stosowanych w przesłuchaniach przez gestapo i innych oprawcach, a kim byli ci co bronili czci i wiary wówczas. Ci co torturowali, zwłaszcza kobiety, w imię zasad i przepisów ustanowionych przez papieża, tudzież inne władze. Istniał specjalny podręcznik  dla łowców czarownic napisany  w 1486 roku przez Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera  zatytułowany "Malleus Maleficarum " czyli " Młot na Czarownice" w którym określone zostały zasady postępowania w procesach inkwizycyjnych. 
        O czary mógł zostać oskarżony każdy, niezależnie od płci, wieku czy pochodzenia, zwłaszcza  kobiety zajmujące się zielarstwem lub medycyną, ale też pobożna mniszka czy nawet pastor. Wystarczyło, że taka osoba się komuś nie podobała, z zazdrości, z zawiści i oskarżono ją o czary, co oznaczało kontakty z diabłem. Taka osoba nie miała szans na wybronienie się. Znane są nieliczne przypadki, którym się udało, ale też były przypadki skazania skarżącego za oszczerstwo.
        "Czarownice z Prus i Pomorza" przybliżają  losy oskarżonych, którzy zostali postawieni przed trybunałem sądowym, torturowani i skazani za rzekome konszachty z diabłem. Wszystkie te historie są oparte na faktach. Pochodzą z lat 1477–1836 . Oparte są na zachowanych dokumentach z procesów, a ich opisy fabularyzowane. A swoją drogą jaką trzeba było mieć wyobraźnię, bo to chyba już o zacofanie nie chodziło, aby być przekonanym i zeznawać , że widziało się sąsiadkę pędzącą na miotle na zlot czarownic. Może to strach podsycony głosami natury, wywoływał w ciemnościach takie obrazy.
        Ale czy polowanie na czarownice się definitywnie skończyło? Co prawda nie płoną stosy, ale co oznacza hejt, publiczne ośmieszanie, dokuczanie. Wystarczy, że ktoś ma więcej, jest na topie. Wystarczy zagłębić się w media społecznościowe, posłuchać telewizora, poczytać gazety. I dosłownie, w 2003 roku w Krakowie odbył się proces, gdzie rolnik z pobliskiej wsi pozwał sąsiadkę, która oskarżyła go publicznie, że jest czarownikiem i odbiera jej krowom mleko. Jak to nazwać zacofaniem, głupotą czy zwykłą złośliwością. 
          Książka niby ciekawa, ale na kolejnych stronach stawała się coraz bardziej nudna. W kolejnych opowieściach o "czarownicach" wymienianych z imienia i nazwiska pojawiały się bardzo podobne, jak nie te same historie. Nawet sekwencja słów była jednakowa. Zdobycie takiej ilości danych wymagało przez autorkę ogromu pracy, ale zabrakło polotu w ciekawym, niejednolitym przedstawieniu faktów.
---
60 książka, 358/19.992

czwartek, 1 stycznia 2026

Czas

          Mówi się, że czas to pojęcie względne, płynie, a może jest, a to my płyniemy, zmieniamy się, starzejemy, by w końcu zniknąć, a czas będzie nadal , tak jak zawsze. Przełożyliśmy już wszystkie kartki w kalendarzu, dzisiaj otworzyliśmy nowy. Czy to coś zmienia, oprócz cyfr w dacie? Jutro będzie druga, , potem trzecia, ale przecież nic się nie zmieniło. Może ktoś się nie obudził, ktoś inny ma kaca, ktoś  odsypia Sylwestra, jeszcze inny rozmyśla o tym, co było , a co być może. Minął kolejny rok, więc minął czas?
           Czy czas płynie tylko w naszych głowach? Naukowcy i filozofowie coraz częściej kwestionują jego obiektywne istnienie. Jeden z ekspertów sugeruje, że „upływ czasu” to projekcja psychologiczna, podobna do odczuwania koloru. 
Czas, fizyczna wielkość określająca kolejność zdarzeń, odstępy między zdarzeniami zachodzącymi. W pojęciu filozoficznym to chwila, punkt na osi czasu, trwanie,
Nie istnieje ani przeszłość, ani przyszłość? Tego co było już nie ma, a tego co będzie jeszcze nie istnieje . Test tylko tu i teraz, ta chwila.   
      Rozważania nad naturą czasu można znaleźć już w pierwszych zachowanych dokumentach spisanych przez człowieka. Pojęcie czasu przenika absolutnie każdą myśl o sobie samym i o otaczającym świecie. Jednak od XX wieku fizycy coraz częściej kwestionują istnienie czasu jako takiego. Czy w takim razie  żyjemy w wielkim złudzeniu?
         Jeśli zwrócimy uwagę na liczbę idiomów dotyczących czasu – czas płynie, biegnie, leci, czas na nikogo nie czeka itd. można wysnuć wniosek, że czas jest tworem, na którym opieramy nasz sposób myślenia o sobie i o świecie. Jednak to, co wydaje się czymś oczywistym, przestaje takim być, gdy zacznie się rozważać samą naturę czasu.
       Co właściwie oznacza „przepływ” albo „upływ” czasu? Przepływ czego? Rzeka płynie, ponieważ woda jest w ruchu. Co znaczy powiedzieć, że czas płynie? 
       Zdarzenia są bardziej „dzianiem się” niż rzeczami, a mimo to mówimy o nich tak, jakby miały zmieniające się położenia w przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Ale jeśli jakieś wydarzenia są w przyszłości i zbliżają się do ciebie, a inne są przeszłe i oddalają się, to gdzie właściwie się znajdują? Profesor Adrian Bardon napisał, że przyszłość i przeszłość nie wydają się mieć fizycznej lokalizacji. 
        Nad tym, czym jest idea czasu, zastanawiali się  greccy filozofowie już pomiędzy VI a V wiekiem p.n.e. Przekonywali oni, że jeśli przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma, to w jaki sposób zdarzenia mogą przechodzić z przyszłości do teraźniejszości, a następnie w przeszłość? Bo przecież gdyby przyszłość była realnym konstruktem, to powinna być realna już teraz. A jeśli realne jest tylko to, co tu i teraz, to przyszłości nie można zaliczyć do tej kategorii. Podobne rozumowania można znaleźć u Arystotelesa, św. Augustyna i wielu innych.
      Wiele wieków później kwestią czasu zajął się Izaak Newton. Dla niego czas to dynamiczne, fizyczne zjawisko istniejące w tle, regularny, tykający zegar wszechświata, względem którego można obiektywnie opisywać ruchy i przyspieszenia. I wszystko wydawało się grać, ale później pojawił się Albert Einstein oraz prekursorzy fizyki kwantowej. Ogłoszona przez Einsteina w 1905 i w 1915 szczególna i ogólna teoria względności dyskredytują wyobrażenie czasu jako uniwersalnego zjawiska fizycznego.
        Przede wszystkim Albert Einstein i analizujący jego teorię badacze wykazali, że prędkość światła jest stała, niezależnie od prędkości źródła. W dodatku nic nigdy nie jest naprawdę w spoczynku ani naprawdę w ruchu, bo te zależą od układu odniesienia. To układ odniesienia pozwala określić współrzędne przestrzenne i czasowe, ale nie będą one uniwersalne, lecz odnoszące się do obserwatora.
        W słynnym eksperymencie myślowym Einsteina, dwa pioruny uderzają jednocześnie w początek i koniec długiego, jadącego pociągu. Dokładnie po środku pociągu stoi pasażer. Natomiast na peronie, również w równych odległościach od początku i końca pociągu, stoi obserwator. Wydawałoby się, że obaj doświadczą piorunów w tej samej chwili. Ale pociąg porusza się w stronę jednego wyładowania i oddala od drugiego, przez co pasażer i obserwator przypiszą uderzeniom różne czasy. W dodatku obaj będą mieli rację i obaj będą w błędzie. 
    W teorii względności wszystkie czasy są równie realne. W dodatku wszystko, co kiedykolwiek się wydarzyło lub wydarzy, dzieje się teraz dla pewnego hipotetycznego obserwatora. Nie istnieją zdarzenia jedynie potencjalne, ani takie, które są „tylko wspomnieniami”. Nie ma jednej, absolutnej teraźniejszości, a więc nie ma też „przepływu czasu”, w ramach którego zdarzenia rzekomo stają się obecne. Weźmy przykład jakiegoś kosmicznego zdarzenia,  my zobaczymy to zjawisko dopiero 600 – 650 lat później i dla nas będzie miało miejsce tu i teraz.
      Takie trudne, nieoczywiste rozważania mi się nawinęły na ten początek nowego roku, a może nowego czasu. 
Do siego roku