Obiecałam wczoraj Wam i sobie, że zrobię jakieś fotki z ogrodu. Może za rok znowu coś będę porównywać. O ósmej, po śniadaniu wyszłam na rekonesans. Zapowiadał się ciepły dzień i taki jest. Ptaki śpiewały, pszczoły, a może inne zapylające bzyczały wśród kwiatów. Nic tylko się cieszyć. Zaczęłam od wejścia do domu.
Od ulicy skarpa jest niewielka, ale im dalej w głąb, się rozszerza i nabiera wysokości. Obsadzałam, aby ją wzmocnić, ale trochę się obawiam, bo sąsiadka podniosła jeszcze wyżej, posadziła tuje 20 centymetrów od płotu. Co prawda płot jej, przez nas zastany, ale podniosła poziom dwa lata temu. Boję się, żeby nie runął na naszą stronę, gdy korzenie go zaczną wypychać. Poniszczyłoby to moje rośliny, między innymi moją magnolię.
Po południowo zachodniej stronie domu zaczyna kwitnąć glicynia. Obrosła już całą balustradę i pnie się na piętro.
Szkoda, że ta moja nie pachnie tak, jak zapamiętałam kwitnące wisterie z Chorwacji. Nie wiem czy to sprawa gatunku, czy klimatu. Ciepło wyzwala zapachy. Dla przykładu rano nie czuć tak bardzo aromatu różanecznika, a po południu zniewala.
Z kalin zaczęła kwitnąć kalina koralowa Roseum. Jej białe pompony jeszcze nie są zbyt duże, ale to już jej pora. Za chwilę będą następne.
Niezawodne wiosną są floksy. Na obwódki, do zakrycia różnych "dziur", do dodania koloru. Lubię ich kolorowe poduchy.












































